|
Blog > Komentarze do wpisu
Jak to z Karpowiczem było, chociaż nie pamiętam jak właśnie
Zdaje się musiałem usłyszeć, i to dość wyraźnie, że książka Karpowicza
jest jakimś rozrachunkiem bohatera z przeszłością. I że to przeszłość
szczególna, bo jest i rodzina i jakaś miłość z liceum i dużo
papierosów. Bo jak już ktoś coś wspomina, to musi palić papierosy i pić
wódkę. Jeżeli teraz coś mylę, to na pewno dotarło do mnie, że
czterdziestoletni bohater nic nie robi na kartach książki tylko
szabruje po swojej pamięci, coś tam z niej wyciąga, przygląda się,
odstawia, i znowu, coś wyciąga z rupieciarni, ściera kurz, gapi się i
odstawia, i znowu, i tak dalej aż do ostatniej strony.
Nie pamiętam właśnie co dokładnie, jaka fraza gdzieś zasłyszana, nie wiadomo teraz gdzie, skłoniła mnie do lektury. Przypominam sobie taki moment zaraz po wydaniu Gestów: Wchodzę do księgarni, biorę książkę do ręki i...? I właśnie co? Cokolwiek pojawiło się po Niehalo Karpowicza, a pojawiły się od czasu Niehalo trzy książki łącznie z Gestami, zawsze jak pojawiały się pierwszy raz na półce, to brałem do ręki, przeglądałem i odkładałem na miejsce. Jakbym musiał za każdym razem spłacić jakąś niechęć po Niehalo, niesmak, który mi został po tamtej lekturze, jakbym chciał powiedzieć autorowi: patrz, autor, mam wybór, mogę książkę kupić albo odstawić ją na miejsce, wybieram to drugie, odstawiam, rezygnuję, nie dam się złapać. Ale jak było z Gestami? Pamiętam, że do Cudu Ignacego Karpowicza podchodziłem dwa razy, raz, żeby zemścić się, drugi raz po tym, jak ktoś coś dobrego miał powiedzieć o Cudzie. A może nie mówił nic dobrego, a jedynie przywołał jakieś wydarzenie z książki. Możliwe, że to drugie i że było to na tyle ciekawe, że postanowiłem jeszcze raz zatrzymać się przy półce z książą Karpowicza. Tylko, że znowu nic nie pamiętam, wyjąłem ksiązkę, przyjrzałem się okładce, pewnie przeczytałem kilka zdań na ostatniej stronie (okładki) i odstawiłem. To jeszcze jak jestem przy Cudzie - ta osoba, która do Cudu się odwołała, pamiętam, miała jeszcze powiedzieć coś o młodej prozie, że jakiś motyw się powtarza wśród młodego pokolenia prozaików. Chyba. Na pewno coś z miłością. Niby. Więc całkiem możliwe, że i trzeci raz podchodziłem do Cudu, bo uznałem, że skoro staram się czytać jak najwięcej z polskiej prozy, to możliwe, że omija mnie jakaś tendencja, której nie wychwyciłem jeszcze i że Cud może mi w tym pomóc. Bo - jak się rzekło - po Niehalo nie dowierzalem Karpowiczowi i widać próbowałem się na różne sposoby przekonać, że warto jeszcze raz być może spróbować, ale już bez euforii, bez jakichkolwiek oczekiwań, tylko i wyłącznie po to, żeby odkryć jakiś ukryty przede mną motyw, który miał zdominować współczesną polską literaturę. Nie pomogło, za trzecim razem książkę odłożyłem na półkę. Więc musiało coś takiego pojawić się, coś dla mnie teraz nieuchwytnego, że zdecydowałem się na Gesty. Chociaż, pamiętam, już przy pierwszym podejściu, tym mściwym podejściu, już wtedy coś we mnie pękło, dwuletnia niechęć do Karpowicza już za pierwszym podejściem do Gestów miała taki niejednoznaczny charakter, niezdecydowany, taki, cholera, płaczliwy. Jeszcze dało się czuć krew, jeszcze coś tam we mnie bulgotało, ale jakieś widać słabe to było, szczeniackie chyba i niemal wszystko we mnie było skłonne raczej zawierzyć Karpowiczowi niż go odepchnąć, hehe. Ale - bo podchodziłem do półki z trzy razy, w trakcie trzech wizyt w księgarni - chyba byłem skłonny udawać przed sprzedawczynią i przed klientami, że silny jestem, że wojna z Karpowiczem trwa, jak wojna między mężczyzną a kobietą, że rów jest na zawsze wykopany, a granica nigdy nie zostanie przekroczona. Być może czułem, że muszę być twardy, nie miękki, więc zaglądałem, przeglądałem, kartkowałem i odkładałem na miejsce. Ale co dokładnie mnie w końcu skłoniło. Bo, że coś skłoniło, to jestem o tym przekonany. Tylko co to było? W Niehalo odrzuciła mnie ta część nierealistyczna, groteskowa, absurdalna, nad którą Dunin-Wąsowicz miał się rozpływać, że ponoć dopiero ta część Niehalo pokazała Karpowicza na tle rówieśników w jakimś dobrym świetle, że konfrontacja z tradycją historyczną bardzo dobrze rokuje, że nawet nowy Konwicki nam rośnie tutaj, obok, na kartach. A mnie właśnie te wszystkie wymienione zalety odrzuciły od Niehalo. Groteska, czy tam absurd, wydał mi się toporny, uciążliwy, a rzekoma konfrontacja z historią pretensjonalna i wtórna. Część realistyczna - chociaż podchodziłem do niej dwa razy - za drugim razem wydała mi się strawna, nie odkrywcza, ale będąca po prostu kolejnym z wielu zapisków o tym jak ciężko jest młodemu, inteligentnemu bohaterowi tam gdzie jest, nieistotne gdzie, i że jak to młodemu inteligentnemu bohaterowi wszystko wypada z rąk więc ciężko żyć z tą swoją nieporadnością. Czytało się o tym nieraz, przeczytało się powtórnie. W każdym razie dla mnie ta część dobrze rokowała, ale że na tym książka się nie kończy, więc dalsze rokowania wypadły blado, więc - powtórzę - trzeba było wypowiedzieć wojnę, heh. Poza tym, kiedy czyta się po raz kolejny tę samą historię chociaż pisaną przez innego autora, to pewnie człowiek jest skłonny jeszcze raz przeczytać to samo tylko z jednej, prostej przyczyny. Że ta nieporadność młodego, inteligentnego bohatera jest jakoś tam uniwersalna. A że czytelnik jest z natury sentymentalny więc wraca do tego samego układu od czasu do czasu i jest mu z tym dobrze. Istotne - skoro układ się nie zmienia - żeby zmieniał się chociaż autor, bo zawsze nowy autor, to jest szansa, że padną dwa, trzy zdania, które tę egzystencjalna papkę pokażą w jakimś nowym świetle. Zaglądam więc na ostatnią stronę okładki Gestów, szukając klucza, zajawki, która podpowie mi, co mianowicie skłoniło mnie ostatecznie do lektury Gestów. No? Co to było? Albo sprawdzam w wywiadach, chociaż przed książką ich nie czytałem, ale a nuż, może coś tam znajdę, jakieś przebłyski, refleksy, deja vu, ale nic nie znajduję. A przecież jestem przekonany, że gdzieś padło jakieś zdanie, jakaś wypowiedź, która mnie ostatecznie skłoniła. Ale nie potrafię jej odzyskać, wykupić, jakby moja przeszłość była jakimś lombardem, w którym zastawiłem istotne dla mnie rzeczy i teraz, kiedy po nie wracam, nie potrafię już odróżnić, co należy do mnie, a co nie. wtorek, 01 grudnia 2009, rafky
TrackBack
Komentarze
2009/12/06 17:50:34
więc może jest na odwrót, heh, co za kunsztowne narzędzie :) - jak się pamięta okoliczności, to ksiązka jest do bani, jak nie pamięta, to do bani nie jest.
Po Gesty sięgnąłem z prostej przyczyny - książka wydała mi się sentymentalna, opowiadająca o mężczyźnie w moim mniej więcej wieku, chociaz boh. Gestów jest dużo starszy powiedzmy. W każdym razie miałem nadzieję, że wpisze się w mój nastrój. No i się wpisała. Wiesz, Niehalo, ta część realistyczna również jakoś tam się wpisywała w mój nastrój, heh. Być może o wartości książki świadczą właśnie te fragmenty, które próbują nas z tego nastroju wybić. Ale - co za myśl :) - trzeba na to też mieć ochotę. A ja chyba przy okazji Niehalo nie życzyłem sobie, żeby mnie kto z jesiennego nastroju pluchy wytrącał. Gesty, bo jakoś muszę sobie podsumować ten rok :) wraz z książką Drotkiewicz Teraz bardzo ładnie wpisały się w moją potrzeby, heh. Obie książki opowiadają o stanie przejściowym. Chociaz kazda z nich inaczej i też inaczej się kończy i zupełnie w innych miejscach rozkłada akcenty tej przejściowości. Gesty poza tym posiadają kilka scen dla mnie kapitalnych, heh. No, dobrze mi z nimi :) |
Tym postem przypomniałeś mi o istnieniu następcy Konwickiego. Choć teraz sobie myślę, że Karpowicz bardziej wpisuje się w to, co pisze Pielewin. Nie wiem jak to u Ignacego jest, ale mnie bardziej skłania w tę stronę. No ale ja nie o tym.
O Niehalo chciałem słów kilka, bo faktycznie przeczytałem tę książkę w czasie gdy była nowością. I nie wiele z niej pamiętam. Dlaczego po nią sięgnąłem, tego też nie wiem, chyba dlatego, że był to czas, w którym miałem forsę na książki i kupowałem to co się pojawiało z ciekawych wydawnictw. O ile się nie mylę, Niehalo, wydało Wyd.Czarne, a to darzę dużym uznaniem.No ale ja też nie o tym. O Niehalo chciałem, bo Gestów nie czytałem, zresztą nie czytałem nic Karpowicza poza Niehalo, od tamtej pory siedzę za-granicą i jakoś najnowsza literatura mnie tu nie dosięga. Ot, czasami zdarzy się jakiś znajomek, który wracając z Polski przez przypadek kupił Lampę i uda mi się zerknąć na to i owo, czasami też siostra mi jakiś periodyk podeśle (gwoli ścisłości nie moja siostra, a mojej żony, i nie siostra ale kuzynka, ale w kieleckim tak mówią i na to rady nie ma). No ale ja też nie o tym, o Niehalo chciałem. No to z tej książki pamiętam, że inteligentny i smutny bohater, w jakiś strasznych rozterkach karmił hipopotama kalmsami (to są leki uspokajające), a ów hipopotam miał być jego panią od polskiego, czy coś takiego, która nie żyła, a może żyła. Zapamiętałem to, bo w czasie gdy stać mnie było na kupowanie nowości, to także akurat zażywałem zdrowotnego urlopu psychiatrycznego i kalmsy również zażywałem.
I problem tej książki jest nie taki jak chciałby Dunin-Wąsowicz, ale taki, że wiele można powiedzieć o okolicznościach chwycenia po książkę Karpowicza, ale już o samej książce niewiele.
Pozdrawiam i łączę się w bólu :D