|
Blog > Komentarze do wpisu
Perwersyjnie związane ręce Jakobe Mansztajna
Zaczęło się od informacji, że Jakobe Mansztajn nie tylko nominowanym był, ale i nagrodę w kategorii debiut roku za tom Wiedeński high-life we wrocławskim Teatrze Muzycznym zgarnął.
Nie mam ręki do poetów więc musiałem sobie wygoglać poetę Mansztajna i poskakać po stronach różnorodnych, tak, że na drugi dzień - podejrzewałem - artretyzm jakiś mi wyskoczy pod pachą. W ogóle noc miałem całą dla siebie. Tylko ja, klawiatura i papierosy. No i pomieszczenie, ale to się samo przez się rozumie, że pomieszczenie też nie w kij dmuchał - się znalazło w tę noc ciemną i głuchą, nie licząc warkotu silników też różnych zresztą. Bo diesel - wiadomo - czy benzyna, czy LPG. Ale to pomińmy. To proza przecież. Koło poezji to nawet nie stało. Przejrzałem to i owo i zatrzymałem się - bo człowiek ma to do siebie, że robi sobie przerwy - na wywiadzie Błażeja Kozickiego z Jakobe Mansztajnem, opublikowanym na stronie niedoczytań prawie że rok temu, czyli w sierpniu 2009 roku. No i panowie sobie rozmawiają, wiadomo, o życiu, o poezji, o pismach literackich i o wielu innych sprawach. W którymś momencie Kozicki mówi coś takiego, cytuję: Zawsze mnie zastanawia ten jakby konflikt wiekowy, który skłania młodych do wyrażania się w pubach i klubach, a starszych - do wyrażania się w regionalnych centrach kultury czy innych, jak dla mnie sztywnych, stowarzyszeniach. Jakobe Mansztajn bezpośrednio na tę sugestię, odpowiada: W Trójmieście znajduje potwierdzenie reguła, która mówi, że starzy okupują domy kultury, organizując co jakiś czas spotkania z osiemdziesięciopięcioletnią poetką, na które przychodzi co najwyżej sześć osób, wliczając w to ją i prowadzącego spotkanie, podczas gdy młodzi siedzą w klubach i kawiarniach, mając przy tym niejednokrotnie związane ręce, gdy próbują zrobić coś fajnego. Wiele razy próbowałem wdrożyć w życie pomysł ciekawej - jak mi się zdaje - imprezy literackiej i często, bez odpowiedniego poparcia ze strony osób z domów kultury, kończyło się to fiaskiem. Przytoczyłem ten fragment wywiadu, bo jestem zdania, że człowiek nawet taki jak ja, któremu warkot silników nie przeszkadza w nocy, chociaż tak się składa, że mógłby przeszkadzać, w naturalny sposób szuka jakiegoś związku, może nawet wyższego prawa, które umożliwi takiemu jak ja, a w szerszym planie każdemu, upchnąć siebie w kontekst, jakikolwiek by nie był, ponieważ jak mówi jedna z bohaterek amerykańskiego serialu The L Word, każdego z każdym coś łączy. W The L Word wszystkich ze wszystkimi łączy seks, a w literackim świecie wszyscy ze wszystkimi połączeni są albo domem kultury albo pubem/klubem i stąd wniosek prosty i zasadny znany od lat i powtarzany od czasu do czasu z uporem - świat jest mały, itd., i że chociaż z Jakobe Mansztajnem nie znamy się to jednak jakobyśmy się znali. Drugi wniosek jest mniej oczywisty, co nie znaczy, że bezzasadny. Otóż nawet jeżeli jak mówi Kozicki, tak starzy jak i młodzi wyrażają się, to konstrukcja wypowiedzi sugeruje, że pub czy klub, to forma uniwersalna, kosmiczna, bez zobowiązań i granic, takie szengen prawie. Natomiast centra kultury czy stowarzyszenia - jak sugeruje Kozicki - ograniczone są geografią, a dokładniej regionem. Jak wchodzisz do pubu, to jesteś wszędzie i jesteś każdym. Jak wchodzisz do centrum kultury, to jesteś tu i teraz, to jesteś stary, hehe, itd. Dlatego - i to już ostatni wiosek - starzy (jak mówi Jakobe Mansztajn) domy kultury okupują, heh, a młodzi siedzą w pubach, a nawet - perwersyjnie - mają związane ręce. Pomijam już dynamikę zwrotów okupować i siedzieć, bo rzuca się w oczy jak słoik z masłem orzechowym na półce pod prysznicem. Starość jaka by nie była, mentalna, czy naoczna wbrew logice jest jednak dynamiczna przez co, jak wynika z obserwacji, destrukcyjna. Kiedy z moimi przyjaciółmi próbowaliśmy namówić miejscowy dom kultury na pokaz filmu 'Podziemne państwo kobiet' po miesiącach negocjacji, heh, zostaliśmy odesłani z kwitkiem, więc film pokazaliśmy w pubie. I tam w pozycji perwersyjnie-związane-ręce ćmilismy fajki, piliśmy piwo i oglądaliśmy film. Jednak - i tutaj już finiszujemy - symboliczne wyjście z pubu/klubu/kawiarni wisi nad pozycją perwersyjne-związanie-rąk od samego początku świata, heh, i nie sposób tego nie zauważyć. To takie oczywiste. W The L Word bohaterki wolny czas spędzają w kawiarni The Planet lub w klubie Pizda:Noc (czy coś takiego), a ja dzisiaj, cholera, idę do domu kultury żeby zobaczyć Króla Edypa wystawionego przez jakąś licealną młodzież. I ten paradoks jest tutaj istotny. Że wcześniej czy później wszyscy znajdziemy się w domu kultury, heh, dlatego centra kultury trzeba radykalnie traktować trotylem, a puby lub kluby nazywać antymieszczańsko. Lub na odwrót. czwartek, 27 maja 2010, rafky
TrackBack
|