Blog prowadzony przez Rafała Klana
O autorze
stat4u
niedziela, 19 września 2010
Wyznania II
Przy okazji Kręgów obcości Michała Głowińskiego

A wracając dzisiaj, trochę samochodem, trochę nie-samochodem, znowu natknąłem się na ambulans. Stał w tym samym miejscu, na chodniku, przed tym samym jednorodzinnym domem, który to dom stoi w rzędzie identycznych jednorodzinnych domów, a wyróżnia się na tle pozostałych masą papieru, którym jest obklejony. To są jakieś reklamy firm lub może jednej firmy oraz działalności, którą domownicy prowadzą zdaje się z sukcesami. W tym domu mieszka kobieta z synem i jego żoną. Dwa lub trzy dni temu, tę samą drogę pokonywałem nie-samochodem, bo też ta część miasta nadaje się jedynie do pieszych wycieczek i naturalnie łączy się z inną częścią miasta, która pozbawiona jest już tej bezpretensjonalności. I ten ambulans tam stał i w pierwszej chwili, zupełnie bezrefleksyjnie, uznałem, że pojawił się tam w jednoznacznych zamiarach.

Obok ambulansu stała ta kobieta, która dzieli dom z synem i jego żoną, wydawało mi się, że czyści szybę od strony kierowcy i dzisiaj jak sobie ten obraz przywołuję, to widzę nie tyle kobietę, która tę szybę przemywa - a przecież myślałem, że ambulans pojawił się, bo jakiś nagły wypadek miał miejsce - ale raczej traktuje ten pojazd, szybę,  jako coś, czemu należy się dobrze przyjrzeć, zajrzeć w każdą szczelinę a jednocześnie była w jej ruchach jakaś uległość, zupełnie dla mnie niezrozumiała wtedy.


W każdym razie byłem przekonany, że musiało coś się wydarzyć, jakieś zasłabnięcie lub coś poważniejszego i widok tej kobiety był wtedy dowodem na to, że jak to bywa w takich skupiskach, jednorodnych i monotonnych zabudowań, wszyscy zaraz wybiegną, podbiegną do tego ambulansu i będą do niego zaglądać, szyby wycierać, żeby dobrze tam zajrzeć do środka, żeby kierowcę udobruchać, żeby nie jechał, tylko poczekał jeszcze chwilę, bo nie wszystko się jeszcze widziało, a w życiu przecież idzie o to, żeby mieć dostęp do aktualności z pierwszej ręki.

Jednak dzisiaj ten ambulans znowu stał w tym samym miejscu. Tym razem nikt go nie skrobał ani nie ocierał się o niego. Wydawał się już obiektem zaadoptowanym, pogodzonym i wrośniętym w ten krajobraz. I przez chwilę zawahałem się. Bo może ten ambulans właśnie, widziany dwa czy trzy dni wcześniej, wywołał wspomnienie tego pociągu z dzieciństwa, a nie jak myślałem wczoraj, Kręgi obcości. Bo prawdę mówiąc ta karetka reanimacyjna wydała mi się wtedy właśnie czymś czego nie byłem pewien. Być może, między pierwszym jej pojawieniem się a dzisiejszym, towarzyszyło jeszcze jakieś pośrednie spotkanie, np. wczoraj lub przedwczoraj (co jest zresztą bardzo możliwe, bo często tamtędy chodzę, paląc papierosy i tam gdzieś, właśnie na przeciw tego domu, a teraz na przeciw ambulansu, niedopałki wyrzucam gdzie popadnie, bo tam z kolei jest trudno o jakiś kosz a nie zawsze mam ochotę na trzymanie niedopałka w palcach przez kolejne minuty jak jakieś trofeum, bo to żadne trofeum jednak nie jest tylko jakiś przemilczany dowód jakiegoś końca) a stojący ambulans przecież bez celu i jedynie doglądany przez tę kobietę, której syn mieszka w tym samym domu ze swoją żoną, uznałem właśnie za coś, co jest dalekim echem tego pociągu i wagonów na skrzyżowaniu. A więc wydarza się jedynie we mnie, a skoro tak jest, to muszę to odczytać w jakiś sensowny sposób. Bo że wtedy ten pociąg pojawił się we mnie samym i nikt nigdy nie potwierdził przejazdu pociągu po torach niedaleko mojego domu. uznałem właśnie za jeden z wielu, nakładających się na siebie elementów oddzielających mnie od tego wszystkiego co mnie otacza. Wtedy - wrócę jeszcze do tego - był to efekt, podejrzewam, traumy. A dzisiaj? Co mianowicie miałby  ten ambulans? Ze mną? Wspólnego ze mną?
Wyznania I

Przy okazji książki Michała Głowińskiego Kręgi obcości


Przypomniałem sobie pociąg, który widziałem jako nieledwie wystający skądkolwiek dzieciak, niemowlak prawie, bo zdaje się dwuletnie dzieci nawet wyrośnięte nie są zbyt widoczne, a przynajmniej wtedy, kiedy mnie samemu zdarzyło się mieć dwa lata. I chociaż byłem wysokim jak na swój wiek chłopcem, to ten okres i moje otoczenie wspominam jako miejsce, gdzie wszystkie możliwe sprzęty przerastały mnie, odpychały od siebie i zawężały pole widzenia.

Wspominam o tym przy okazji Kręgów obcości Michała Głowińskiego. Właśnie ten pociąg, który przez wiele lat funkcjonował we mnie w formie nierozstrzygniętego konkursu, ponieważ miejsce w którym go zobaczyłem, musiałem w późniejszych latach konfrontować z obrazem, który nijak się miał z tym pierwszym zapamiętanym obrazem z dzieciństwa. Była to dla mnie na tyle istotna zagadka, że odpowiedzi nie szukałem poza sobą. Jakbym już wtedy zdawał sobie sprawę, intuicyjnie, że rzecz nie rozgrywała się w rzeczywistości, na krzyżówce, zaraz obok domu, w którym mieszkałem, tylko, że wydarzyła się we mnie, więc też odpowiedź na pytanie, dlaczego w drugim roku życia pojawił się na krzyżówce pociąg, w chwili, kiedy matka wysiadała z samochodu, trzymając w ręce moją dopiero co narodzoną siostrę, miała pozostać na długie lata przemilczana?

Pamiętam jakiś koc, bury, taki który w naszym domu przez długie lata służył jako podkładka dla prasowanych sukienek i tego typu rzeczy, narzucony na głowę mojej siostry; ja właśnie pojawiam się za matką, nagle i zanim wejdę do domu, po betonowych schodach, przez krzyżówkę przejeżdża lokomotywa i za nią wagony.

I potem jakby mi ktoś ten koc zarzucił na głowę, drzwi za którymi przed chwilą zniknęła matka z moją pierwszą, nową siostrą rozmywają się, korytarz do połowy potraktowany lamperią o sraczkowatym kolorze, zapada się, ja znikam z całą moją przeklętą przeszłością i pojawiam się przed samym sobą i w swojej prywatnej historii kilkanaście miesięcy później, kiedy moja siostra płacze w łóżeczku, rodziców nie ma w domu, a ja wrzucam do jakiegoś kubka kostki cukru, które kostkami cukru nie są, ale drobnymi klockami i przekonuję tę małą, rozwrzeszczaną płaksę, że cukier uśmierza ból i samotność. A potem znowu ten obraz się nagle rozpada i pojawiam się coraz starszy, a obrazy ciągną się jak guma, są wyraziste i żałuję, że moja pamięć je przetrzymuje.


niedziela, 05 września 2010
List otwarty do Ewy Bieńczyckiej
który przestał pełnić rolę fragmentu


Ewa Bieńczycka posiada plan jak powstrzymać portale przed upadkiem. Zakaz powrotu sieciowym mętom albo negatywna weryfikacja uniemożliwiająca publikacje na kilku portalach jednocześnie, to sam miód, który uwolni portale przed staczaniem się w rynsztok. Mamy też w tym katalogu porad od serca segregację rasową, która jednych czyni obcymi duchowo, innych znowu osamotnionych, ale wojujących na blogach, świadomych swoich słabości i nieatrakcyjności wobec wielkich, literackich, portalowych korporacji, wyposażonych w niebotyczne sumy i nowoczesne narzędzia, służące do kastracji, usuwania parków, skwerów i w ogóle literackiej, netowej zieleni, stawiając za to oszklone gmaszyska, które uwodzą znowu te odmęty świata tego. Subtelniej - doradza Ewa Bieńczycka - bez administracyjnego terroru, można doprowadzić i do takiej sytuacji, gdzie taki jeden z drugim poetomęt, publikujący gdzie popadnie te swoje wiersze, duchowo pokrętny i ubogi, sam, z własnej, dobrej, ale wymuszonej woli, wobec jeszcze niesprecyzowanego zestawu zachowań portalowej społeczności zrozumie, że na najważniejszych portalach jest mu po prostu źle i smutno i sam, jak przystało na naznaczonego, opuści najważniejsze portale literackie. Tym oto sposobem świat wypięknieje, duchowo się odrodzi a reszta przepadnie jak taśmy filmów moralnego niepokoju, zbierające kurz na półkach cenzorów.

Ewa Bieńczycka pisząc list otwarty do portalu Rynsztok bierze pod uwagę i taki scenariusz, który definicję prawdziwego portalu poetyckiego ogranicza do automatycznego przyciągania osamotnionych ludzi, którzy tę swoją samotność na swoich blogach konspiracyjnie pielęgnują. Otóż mogłoby się naprawdę pozmieniać - a sądząc z innowacyjnego tonu naprawy nieznośnego stanu rzeczy - mogłoby się pozmieniać w ogóle gdzie popadnie, gdyby tylko porozsyłać imiennie zaproszenia (na wypadek, gdyby automatyzm zawiódł lub/i  zawiódł gdzieniegdzie). I jedno i drugie, czyli automatyczne przyciąganie i imienne zaproszenie nie tylko doprowadziłyby do zaistnienia tego prawdziwego portalu poetyckiego, ale - podejrzewam - równie automatycznie pojawiłaby się i obscena/skandal/anomalia oraz święte oburzenie internetowych mieszczuchów.
Ewy Bieńczyckiej list otwarty, który niczym Wojaczkowa Prośba jest maksymalnie skoncentrowana nie na podmiocie, do którego się zwraca, ale na tych swoich listkach wstydu, którymi wymachuje, w rezultacie sprowadza całą swoją  nadwrażliwość do poziomu wpisu, który na koniec listu otwartego do portalu Rynsztok cytuje. Parafrazując jego treść wystarczyłoby przecież napisać, ze w portalach literackich nie lubię samego ich istnienia. To znaczy lubię, jak podmiot liryczny u Wojaczka lubi adresata, do którego kieruje swój list otwarty, który ze względu na czasy w których żył nie nazywa listu otwartego listem otwartym tylko Prośbą. 
piątek, 03 września 2010
Fragment listu otwartego do Ewy Bieńczyckiej
Który doczeka się rzecz jasna kontynuacji


Przestałem odwiedzać najważniejsze portale literackie. W sumie nigdy nie wiedziałem który portal jest najważniejszy lub które portale należą do rodziny tych istotnych. Ale odkąd Ewa Bieńczycka wyznała, że te najważniejsze portale miała przyjemność poznać, to uznałem, że i ja też te najważniejsze portale znam. To nic, że to nie są te same portale, które odwiedza Ewa Bieńczycka. Aksjologia ma przecież to do siebie, że w rękach poszczególnych osób potrafi dokonać zmiany treści i równie błyskotliwie prężyć się na kocu, pod śliwą, w jakiś letni, długi dzień.
Dlatego też nie towarzyszy mi dyskomfort pojawianiu się na tych mniej ważnych portalach ani nie rozpiera mnie duma jeżeli w szaleństwie klawiatury/zakładek/myszki zajrzę na ten jeden, wybrany, najważniejszy portal.  Z mojej wieloletniej obserwacji wnioskuję, że tylko te się liczą, w których albo uczestniczymy, albo którym przyglądamy się niewinnie zza winkla. Ewa Bieńczycka we wstępie do listu otwartego do portalu Rynsztok, wyznaje, że zagląda do wszystkich najważniejszych portali. Z reakcji Ewy Bieńczyckiej wynika, że wszystkie najważniejsze portale literackie dotyka głęboka erozja, szczególnie rzecz dotyczy portalu Rynsztok. Dlatego postanowiła dać wyraz swoim przemyśleniom/sugestiom.

Właściciel Rynsztoka, Przemek Łośko, pyta na rynsztokowym forum o sens kontynuowania portalu. Nie znam właściciela Rynsztoku, ale wydaje mi się, że postawił sprawę uczciwie. Pomysł prowadzenia portalu przestał być interesujący/inspirujący, stracił swoją pierwotną rolę, zamazała się celowość, portal zmierza donikąd. Nie wiem czy tak jest, czy Przemek Łośko myli się w ocenie, jestem jednak przekonany, że za kilka miesięcy, może za rok, portal zostanie zamknięty. I lepiej dla portalu, żeby nie dopuścić do sytuacji, kiedy jedyną alternatywą pozostanie założenie kłódki. Dzisiaj jeszcze decyzję, wątpliwości można omówić w szerszym gronie, za chwilę nawet ten rodzaj aktywności zostanie uznany przez  twórcę za ekstrawagancję. Nawet jeżeli Rynsztok należy do elity tych najważniejszych portali, to jak widać na załączonym obrazku, musi istnieć widać istotny powód dla którego twórca portalu poddaje w wątpliwość kontynuowanie czegoś, co przestało zmierzać w sensownym kierunku.
Nie zaglądałem do tej pory na Rynsztok, ale wątek założony przez jego twórcę, który wywołał reakcję Ewy Bieńczyckiej, przeczytałem z uwagą.  Nie znalazłem tam żadnego rzeczowego programu odnowy. Pojawiają się obserwacje natury psychologicznej, no, obowiązkowe gesty, typu: nie możesz, nie warto, trzeba na posterunku, jesteśmy z tobą, kochamy cię oraz mistyczne  zajawki typu, to miejsce dotknęła Moc, itd. To ważne gesty, na pewno. Ale niczego nie zmieniają w netowej przestrzeni. Jaki jest więc powód utrzymywania przy życiu fragmentów internetu?
cdn

piątek, 30 lipca 2010
O poetach, których nie mam w dupie
K. czyta książki, z których dowiaduje się, że człowiek do życia potrzebuje codziennie dwa razy do kogoś się przytulić. Jako że mieszkam na okrutnej prowincji a o małych miasteczkach pewien poeta pisał, że ma je w dupie, a potem umarł, domyśliłem się, że nie przeżył, bo nikt z małego miasteczka nie chciał go przytulić. Chyba. Bo oficjalna wersja śmierci owego poety jest oczywiście inna. Ale małe miasteczka wiedzą swoje. Prowincja jest okrutna. Nie przytuli a potem człowieku szykuj sobie grób. Taka logika. Wierze temu co mówi K., bo K. kiedyś powiedziała, że wiek nie ma znaczenia i że jest względny. I jest w tym oszałamiająca logika. Wiek nie ma znaczenia jeżeli dwa razy do kogoś się przytulisz. Jeżeli nie przytulisz, to umierasz jak ten poeta. K. takie prawdy serwuje mi systematycznie. Pozornie bez ładu i składu, ale jak je złożę do kupy, to pięknie się przede mną prężą.

Co innego jednak pręży się w poetach. Jeżeli jeszcze te kilkadziesiąt lat wcześniej taki poeta Andrzej Bursa mógł o małych miasteczkach wyrażać się jednoznacznie, to zapewne dzisiaj w dobie samorządności już tak łatwo by mu nie poszło. Jednak - co warto pamiętać - prowincja pamięta. I poetom ma za złe. Tak. Że tak je do dupy odsyłała. Dlatego dzisiaj mogę śmiało jak przystało na mściciela na oślep wymierzyć cios ostateczny: w dupie mam poetów, no. I poetki, taa.

Tylko, hmm, że nie wszystkich właśnie poetów. I w tym jest problem. Że zawsze znajdzie się taki, że mnie przyszpili i tę moją chorobliwą prowincję zagłuszy swoją obecnością. Po prostu się poeci uwzięli. Jest ich tylu, że - na to pewnie znajdą się jakieś socjologiczne papiery - na milion poetów znajdzie się jeden, którego w dupie człowieku nie masz. I - to muszę pokornie przyznać - jest to zapewne zemsta zza grobu poety. Tak. Tego poety, co małe miasteczka miał w dupie. Innymi słowy mniej jest małych miasteczek od poetów. Poeci są wszędzie. A poezja jest wszystko. Pies ma cztery łapy, a łapy zabierz z mojej dupy.

Otóż do tej pory był jeden tylko i wbrew pozorom nie miał na imię Marcin. Przeciwnie - jak mój kolega z liceum - Eugeniusz. Kłaniałem się mu, czytałem, słuchałem - zemsta okrutnej prowincji w ogóle nie ciążyła nam w relacjach.

Ostatnio pojawił się drugi i to za sprawą Fabryki Tanich Butów. K. mówi, że nie stać nas na tanie buty - i rzeczywiście po namyślę przyznaję jej rację. Jednak na szczęście w Fabryce Tanich Butów nie o działalność wysyłkową taniego obuwia się rozchodzi, ale o co innego. I w tym o-co-innego jeden z ostatnich wpisów zwrócił moją uwagę.

Magda Gałkowska przeprowadza rozmowę z prawnikiem, tłumaczem, poetą wreszcie, Maćkiem Frońskim.

Maciek Froński na pewno słucha w wolnych chwilach Pudelsów, szczególnie - takie podejrzenie - płyty Psychopop. To nie moja sprawa zresztą czego prawnik, tłumacz i poeta słucha w wolnych chwilach. Ale - myślę - jak każdy prawnik chciałby zaśpiewać: wszystkie programy przeleciałem/to nie to, to nie to, to nie to/ to co widzę w telewizji to dno. Spisek miernot - wiersz Frońskiego - zdradza wszystko. I dobrze. Podpisuję się pod tym. Prowincja, która pamięta poetę, co to ją miał w dupie, potrafi docenić krytykę centrum.

Trzeba sobie ten wywiad przeczytać itd.. Mnie jednak zainteresował wiersz prawnika, tłumacza i poety, który dotyczy tego, o którym mówię, że nie ma na imię Marcin jakby tego chciały określone środowiska, ale Eugeniusz. I jest to wiersz Tykająca bomba horror psychologiczny. Otóż Froński pisze, że schował Eugeniusza, co to imiennikiem jest mojego znajomego z liceum, na najwyższej półce w obawie, że syn mu tego Eugeniusza porwie i na zawsze prawnik, tłumacz i poeta syna jakoby mógł stracić. Otóż jestem przekonany, że nikt nikomu krzywdy nie wyrządzi jeżeli poeta Froński tego Eugeniusza z powrotem na dolne półki przywróci. Imiennik, mój znajomy z liceum, też niby szarlatan jest, po Europie jeździ, jak go znam wszystkie europarady okupuje i takie tam, może nawet w tv się przewinął przypadkiem, a jednak kiedy wraca ze swoich wojaży miły jest i nikomu nie wadzi. Rozumiem, że prawnik, tłumacz i poeta zbyt wielką wagę do samego werbalnego przekazu przykłada. Ale - proszę mi wierzyć - w kontaktach face to face cały ten zgiełk, rumor i sodoma umykają gdzieś.

Warto jednak pamiętać o tym, o czym wyczytała K., że do życia człowiek potrzebuje dwa razy do kogoś, codziennie, się przytulić. Eugeniusz również. Tak mój znajomy z liceum jak i jego imiennik, poeta. Znajomego przytulałem ostatnio w sylwestra, przypadkowo go trącając w czasie jakiejś sylwestrowej pielgrzymki. Z tego co wiem do dzisiaj żyje. Jeżeli jednak komuś się wydaje, że można pominąć prawdę o przytulaniu i potencjalnego poetę w potrzebie umieścić na górnej półce, to oświadczam ze wszystkimi tego konsekwencjami, że natury się nie oszuka, choćby człowiek był prawnikiem, tłumaczem i poetą.
Na tropie patologii w debiucie Zachara Prilepina, część ni to III ni to osobna
W przerwie między tropieniem patologii w Patologiach Zachara Prilepina - jakby naprawdę nie było już co tropić - zastanawiam się a dlaczego w przerwie nie miałbym wytropić siebie, czegoś w sobie albo na sobie. K. mówi, że w moim wieku pojawia się już ten proceder stania przed lustrem i tropienia nieścisłości, nierówności i innych niuansów. Dlatego od tropienia patologii naturalną czynnością może być poszukiwanie siebie lub - przede wszystkim - czegoś na sobie, w sobie, itd.

Skoro to jest rzecz naturalna, zgodna z wiekiem, z zegarem biologicznym, to dlaczego - muszę to obczaić przecież - co innego mnie nieustannie skłania do sztucznych rozwiązań. I czy  rzeczywiście jest to jakiś sztuczny myk, ta literatura,  czy właśnie przeciwnie: przez  zawoalowane porzucenie tego co naturalne, sam wybieram co jest mi przydatne a co tylko odsunięciem czegoś, co i tak - prędzej czy później - upomni się o mnie. I wtedy jeżeli się upomni stanę przed lustrem, żeby sobie te nierówności wychwycić i się nimi nacieszyć lub pięknie się nimi brzydzić.

Wiadomo też od lat, że nie samym chlebem człowiek żyje, a skoro nie chlebem, to pewnie tropieniem patologii w Patologiach Zachara Prilepina. A skoro tak, to musi być to nie tylko że naturalne, to jeszcze pożądane. Dlatego balansując między jedną a drugą drogą, wybieram  trzecią, polegająca na tropieniu czegoś na sobie, w sobie, lub po prostu siebie. Jakie to od razu staje się fascynujące. Że można tak za jednym zamachem, bez nacisków porzucić Prilepina, porzucić chleb i skierować całą swoją uwagę na siebie ze wszystkimi konsekwencjami.

Weźmy np. taką jazdę pociągiem. Kilka lat temu brałem udział w takiej akcji: siku, kupa, dupa. Po prostu wszystko polega na fizjologii i się powtarza bez ustanku: siku, kupa, dupa. Bez niepotrzebnego drążenia. Ot, tak, po prostu: siku, kupa, dupa. Dwoje dzieciaków w przedziale. Chłopiec mówi siku i oboje się zaśmiewają. Potem dziewczynka mówi: kupa i znowu oboje się zaśmiewają. I tak bez przerwy. Siedzimy w tym przedziale a dzieciaki nic tylko: siku, kupa, dupa.

No ale lata mijają, wiadomo, i teraz mój ostatni przejazd pociągiem nie skupił się na siku, kupie i dupie a na różnicach między mężczyzną i kobietą. I że mężczyzna, czyli ja, nie potrafię skupić się na dwóch rzeczach jednocześnie, a kobieta potrafi. I jest to naprawdę zamierzchła, wyżłobiona w naszych genach prawda, ponieważ mężczyzna wyruszał z jaskini i polował, a kobieta nie polowała. Więc jeżeli kiedyś tak sobie siedziałem beztrosko w tym pociągu i powtarzałem w myślach: siku, kupa, dupa., to już obecnie ta beztroska naturalnie musiała wyparować i teraz rzeczą naturalną  zamiast mantrowania i oczyszczania rozumu stało się przyjmowanie tej wiedzy o różnicach. Że jakie to prawdziwe, jakie życiowe, jakie przewidywalne.

Nie jest to koniec. Ponieważ jeszcze później już nie pociągiem, ale autobusem też zmierzałem w jakimś znanym mi kierunku, a dokładnie na podbój okolicznych księgarni. Kiedyś w takim autobusie, naprawdę dawno temu, wymyślałem sobie taką postać w kształcie linijki z piórnika, ale takiej linijki-gumy i wyobrażałem sobie taką linijkę-gumę jak szykuje się obok autobusu do wyczerpującego maratonu. I jak tylko autobus ruszał, to ta linijka-z-piórnika-guma również ruszała i musiała pokonywać na swojej drodze wszelkie przeszkody. I tak sobie całą podróż urozmaicałem. Wiadomo. Z wiekiem trzeba było komplikować życie tej linijce-gumie, ale wtedy, bardzo dawno temu, po prostu sobie siadałem wygodnie i przyglądałem się tej linijce, co to tak ją teraz hołubię.

Otóż teraz zupełnie niedawno właśnie nawet ta guma-linijka z piórnika do głowy by mi nie przyszła, a mogła przyjść. W autobusie wyjąłem na Zachodzie bez zmian i czytałem, bo jak wiadomo tropię te patologie w Patologiach i musiałem zajrzeć do Remarque'a, żeby się upewnić, że co innego literatura antywojenna, a co innego literatura wojenna.

Otóż dojechałem i podbiłem te księgarnie, szczególnie taką jedną, która przywitała mnie 70% zniżkami. I ja tam w tej księgarni kupiłem kilka książek, których nigdy bez 70% zniżki bym nie kupił. To zrozumiałe.Takie obniżki zdarzają się mi rzadko, być może dlatego, że niezbyt często opuszczam moją okrutną prowincję. A jak już nawet opuszczę, to naprawdę przez całe moje życie zdarzyła mi się raptem druga tak poważna obniżka. W dodatku ta pierwsza w ogóle nie była na szlaku podbijania księgarni -stąd kompletnie nieprzygotowany zlekceważyłem ją i do dzisiaj tego żałuję. Ale do rzeczy. Otóż w tym bachicznym szale obniżkowym trafiłem na hiszpańskiego pisarze, o istnieniu którego nie miałem nawet pojęcia. Enrique Vala-Matas za 6 zł. Nabyłem jego dwie książki. Paryż nigdy nie ma końca oraz Krótką historię literatury przenośnej, która zresztą ponoć rozsławiła nazwisko hiszpańskiego pisarza i odtąd nie jest już anonimowym pisarzem. Czego mu serdecznie gratuluję. Niniejszym. W Paryżu, który nigdy nie ma końca znalazłem dzisiaj ten ustęp o mężczyznach i kobietach i że mężczyźni jaskiniowi tak polowali i to polowanie skrzywdziło obecnych mężczyzn, którzy nie potrafią skupić się na dwóch rzeczach jednocześnie.

U Vila-Matasa, tego hiszpańskiego pisarza, wątek z jaskiniowym mężczyzną pojawia się w kontekście literackim jako jeden z możliwych tropów interpretacyjnych do opowiadania Hemingwaya Kot na deszczu. W ogóle dowiedziałem się, że Kot na deszczu jest przez Marqueza uznany za najlepsze opowiadanie jakie kiedykolwiek powstało. To tak na marginesie, bo mam się przecież zajmować sobą lub tym co na sobie mam lub nawet w sobie, a nie tropieniem patologii u Zachara Prilepina. Więc wracając do siebie: Czytałem ten fragment o tych mężczyznach nie - jak wtedy w pociągu - w przewodniku po różnicach między płciami, a właśnie u Vila-Matasa. I zrozumiałem, że życie nie jest parszywe jak je opisuje Prilepin, tylko powtarzalne. I że bohaterowie Prilepina - ci którzy przeżyli - usłyszą kiedyś od swoich rosyjskich partnerek/żon/kobiet/córek/matek, że skoro wciąż chodzą na polowania, przez co rozmawiają tylko ze sobą, mruczą coś pod nosem, to muszą zrozumieć, że kobiety funkcjonują inaczej i że to ich wina, bo oni, ci bohaterowie Prilepina, to sami, z własnej woli postanowili wyruszyć na polowanie. Dlatego są tacy ograniczeni. I to jest - teraz to widzę - jedyna patologia, która płynie od Prilepina w świat: mężczyźni nie potrafią skupić się na dwóch rzeczach jednocześnie. Szkoda.






poniedziałek, 12 lipca 2010
Na tropie patologii w debiucie Zachara Prilepina ,,Patologie", część II

Anna Politkowska, znana rosyjska dziennikarka, krytyczna wobec polityki Władimira Putina, zamordowana w windzie przez nieznanych sprawców 7 października 2006 roku, w Udręczonej Rosji opisuje pod datą 7 stycznia 2004 skargę Nadieżdy Budmanowej rozpatrywaną przez sąd. Budmanowa straciła na wojnie czeczeńskiej syna, Aleksandra, który w wyniku błędów dowództwa okręgu wojskowego północnego Kaukazu zginął jak i wielu jego kolegów.

Zdarzenie, które opisuje Politkowska przypomina opisaną przez Prilepina sytuację naporu czeczńskich bojowników, chaosu informacyjnego po stronie rosyjskiej, odcięcia rosyjskich żołnierzy od świata, wyczerpującą obronę i wreszcie odwrót, śmierć wielu żołnierzy.

Politkowska znała wojnę czeczeńską od podszewki. Punktem zwrotnym w jej dziennikarskiej karierze był właśnie wyjazd do Czeczeni. Stamtąd pisała do opozycyjnej wobec Kremla ,,Nowej Gazety”. Wyjazd zaowocował książkami: Podróż do bram piekieł. Pamiętnik czeczeński oraz Drugą wojną czeczeńską.

5 września 1999 roku, a więc w pierwszy dzień drugiej wojny czeczeńskiej, kaukascy bojownicy zajęli Nowołakskie na granicy z Czeczenią. Zdobyli osadę, ale w samym środku znajdował się posterunek milicji, grupa funkcjonariuszy OMON została odcięta od świata. Broniła się, prawdopodobnie tak dramatycznie jak opisuje w Patologiach obronę szkoły przed czeczeńskim natarciem. Opis Politkowskiej próby wyzwolenia osady Nowołakskie pozwala spojrzeć na możliwy scenariusz błędów, który w Patologii doprowadza do śmierci większości OMON-owców broniących przez ostatnie 1/3 książki posterunku. Prilepin poświęca uwagę, co zrozumiałe,  tylko i wyłącznie  wydarzeniom wewnątrz odddziału, któremu kończy się amunicja, osaczonych przez czeczeńców w budynku, który w wyniku bezlitosnego naporu chwieje się w posadach. Patologie Prilepina tutaj, z pomocą opisu Politkowskiej, mają chyba największą siłę oddziaływania.

Politkowska po pierwsze punktuje konflikt między armią, FSB a MSW. Jeżeli głównodowodzącym wszystkimi wojskami, które biorą udział w wojnie na Kaukazie, jest ktoś z armii, wtedy po macoszemu traktuje jednostki z FSB czy MSW. Jeżeli giną ludzie FSB, wtedy ten ktoś z armii mówi, że to nie nasi zginęli. Zginęli obcy. Te tarcia między federalnymi odbijają się na zwykłych żołnierzach. Jeżeli dowodzi ktoś z armii, jednostki z FSB lub MSW zawsze mogą być wykorzystane jako mięso armatnie, można nawet do nich strzelać w ramach wykonywanych operacji wojskowych. No, taki konflikt. Syn Nadieżdy Budmanowej zginął w wyniku tak rozumianych interesów skłóconych ze sobą federalnych.

Żeby osadę Nowołakskie odbić z rąk Czeczenów należało zdobyć górę, na której stał nadajnik telewizyjny i z której można było ostrzeliwać Nawołakskie. Opanowanie góry otrzymali specnazowcy, do których należał syn Nadieżdy. Zdobyć górę i utrzymać pozycje do otrzymania wsparcia. Wszystko poszło gładko, dziewięćdziesięciu sześciu żołnierzy sił specjalnych zdobywają górę, oficer armii otrzymuje depeszę o powodzeniu misji. Wyjeżdża. Wiadomo, on, dowódca przewodzi armii, pod sobą ma siły specjalne MSW, jedzie na spoczynek, zostawiając dowództwo na czas snu w inne ręce. Niestety po kilku godzinach oddziały czeczeńskie na nowo podchodzą pod górę, specnazowcy proszą o posiłki, inny oddział wojsk wewnętrznych próbuje się przebić, ale ponosi ogromne straty i w rezultacie wycofuje się. Kto czytał Patologie przypomina sobie płonące, opancerzone transportery pod koniec powieści, podobnie tutaj, na zboczach płonie kilka pojazdów. Specnazowcom nie ma kto pomóc. Kiedy w końcu dowództwo armii odbiera informacje o tym, że na wzgórzu sytuacja wymyka się spod kontroli, że żołnierzom został już tylko po jednym magazynku amunicji, pozwalają na odwrót. Ale wtedy do akcji wkracza dowódca, który wyjechał na spoczynek, przejmuje dowodzenie i zabrania opuszczania góry. Wzgórze musi zostać utrzymane bez względu na koszty. Łączność jednak się urywa i specnazowcy pozostają zdani tylko i wyłącznie na siebie. W rezultacie dzielą się na dwa obozy i postanawiają opuścić wzgórze. Politkowska pisze, że dowódca armii widział ze swojego stanowiska ten odwrót wbrew jego rozkazom. Wysłał wcześniej swoim zwierzchnikom raport o zdobyciu wzgórza, dlatego postanowił wzgórze zbombardować. Specnazowcy puszczali rakiety sygnalizacyjne, kiedy ich ostrzeliwano. Nic to nie pomogło. Plan był taki – pisze Politkowska – żeby zatrzeć błędy dowodzenia i sprzedać światu mit o męczeńskiej śmierci oddziałów specjalnych.

To jest zdaje się ta brudna wojna, o której mówi Zachar Prilepin, wojna służąca do wykreowania Władimira Putina. I być może to są patologie, które w Patologiach należy sobie dośpiewać.


cdn


piątek, 09 lipca 2010
Na tropie patologii w debiucie Zachara Prilepina ,,Patologie"
<meta content="OpenOffice.org 3.1 (Win32)" name="GENERATOR" /><style type="text/css"> <!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } A:link { color: #000080; so-language: zxx; text-decoration: underline } --> </style> <p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Zachar Prilepin jest dzisiaj nacbolem. Jako członek nielegalnej w Rosji <span class="posthref" data-href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Partia_Narodowo-Bolszewicka">Partii Narodowo-Bolszewickiej</span> o wojnie w Czeczenii <span class="posthref" data-href="http://wyborcza.pl/1,97557,6096222,Rosja_jest_wszystkim__reszta_niczym.html?as=3&startsz=x">wypowiada się</span> jednoznacznie. Pierwsza wojna była potrzebna. Rosji groził rozpad, gdyby pozwolono Czeczeńcom na niepodległość, kolejne republiki poszłyby za przykładem Czeczeni. Nawet – twierdzi Prilepin – cała Syberia opuściłaby Rosję. Druga wojna według autora <span style="font-style: italic;">Sańkji</span> – była już brudna, służyła do wykreowania Putina. Sam Zachar Prilepin brał udział tak w pierwszej jak i drugiej wojnie Czeczeńskiej. Potem, jako kapitan OMON-u, wrócił do kraju. Został członkiem partii Limonowa i zadebiutował powieścią <span style="font-style: italic;">Patologie</span>. Powieść ukazała się w 2005 roku i przyniosła pisarzowi uznanie, kolejne powieści potwierdziły w Rosji i nie tylko tam status wyjątkowego pisarza, opisującego współczesną Rosję, niekoniecznie taką, jaka znana jest z oficjalnych źródeł.</p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><span class="posthref" data-href="http://zaharprilepin.ru/ru/foto/chechenskiye.html"><br /></span></p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Patologie Zachara Prilepina według krytyków, komentatorów opowiadają o okrucieństwie wojny. Ponoć żadna ze stron nie zna litości. Mordują się bez zająknięcia. Tak Rosjanie Czeczenów jak Czeczeńcy Rosjan. Co jest patologią w tej powieści nie sposób jednoznacznie określić. Wojna? To byłoby jednak infantylne. Że wojna jest patologią, to wie średnio rozwinięty dzieciak. Że wojna jest okrutna? A może fakt, że żołnierze piją wódę? Przejmujące, naprawdę. Taka męska, bezlitosna proza, pozbawiona emocji, rejestrująca wojenny pejzaż, roztrzaskane czaszki, odór alkoholu, decyzję naciśnięcia na spust. A może patologią jest tylko to, że nie udało się wygrać z Czeczenami, bo rozgrywki wewnątrz rosyjskiego dowództwa przekreśliły ostateczne rozprawienie się z buntownikiem z Kaukazu. A może patologią jest nieumiejętność Prilepina po przystąpieniu do nacboli opisania wojny czeczeńskiej bez przemilczania autentycznej patologii. Gdzieś też przeczytałem, że <span style="font-style: italic;">Patologie</span>, to antywojenny przekaz, w wymowie przypominający <span style="font-style: italic;">Na zachodzie bez zmian</span> Remarque'a. Prawdopodobnie kiedy ktoś pisze o wojnie i fabuła nie rozstrzyga jednoznacznie kto jest zły a kto dobry, wtedy nasuwa się tak prosta i jednoznaczna ocena: powieść antywojenna. Dzieciaki nie idźcie na wojnę, bo na wojnie pije się wódę, śmierdzi od was jak ze starej kanalizy i trzeba – takie życie – walić bez opamiętania do wroga. A na koniec będziecie mieli przez całe życie przesrane, bo was wojna nie opuści. Przyjdzie do was w śnie i na jawie. W piwnicy i na plaży. Po prostu będzie przy was jak wierny pies.</p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"> Powieść Prilepina nie jest jednak ani antywojenną zasmażką, ani nie opisuje patologii. Jest politycznym credo samego autora, który wysyła swojego bohatera do okupowanego kraju i każe mu brać udział w czeczeńskiej wojnie w imię obrony rosyjskiego mocarstwa.</p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><br /> </p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: bold; text-align: justify;">Trochę historii</p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><br /> </p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Trzynaście tysięcy strat po stronie Federacji Rosyjskiej, ćwierć miliona po stronie Czeczeni – to ze statystyk ONZ i Rady Europy, dane z 2007 roku. </p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Od czego się zaczęło? Od Borysa Jelcyna, czyli dobrych kilkanaście lat temu. W politycznej walce z Michaiłem Gorbaczowem, Jelcyn wysyła Dżochara Dudajewa do Groznego, Czeczenia wypędza komunistów w 1991 roku popierając Jelcyna, któremu groził pucz. W wyborach prezydenckich Jelcyn otrzymuje w Czeczeni największe poparcie w całej Rosji, tj. 80%. W tym samym roku, prezydent Czeczeni Dudajew ogłasza dekret o proklamacji suwerennej republiki Czeczeńskiej. Nie ma obaw, Dudajewa poparł Jelcyn, Czeczenia odwzajemniła swoje zaufanie w wyborach do demokratycznego przywódcy. W 1992 roku dochodzi do podpisania umowy między Dudajewem a generałem Borisem Gromowem. Wojska byłego ZSRR opuszczą tereny Czeczeni. Dzieje się to w kwietniu. W maju minister obrony Paweł Graczow wprowadza dekret w czyn. W 1994 roku w wywiadzie telewizyjnym Borys Jelcyn nazywa Dudajewa prezydentem, a rządowe ,,Rossijskije Wiesti” traktują Dudajewa jako pełnoprawną głowę państwa Czeczeńskiego.</p><div style="text-align: justify;"> </div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Jednak w międzyczasie Borys Jelcyn traci na popularności. Na polu walki pojawiają się nowi, energiczni, młodsi pretendenci do fotelu prezydenta. Jelcyn potrzebuje sukcesu. Czegoś, co wprawi Rosjan w zachwyt i na nowo pozwoli odzyskać zaufanie do obecnego prezydenta. Postanawia więc wybrać się na operację przegrody nosa, która ma trwać osiem dni. Jest 12 grudnia 1994 roku. Jelcyn jedzie do szpitala, tego samego dnia zaczyna się bombardowanie Czeczeni. I cóż tam takiego wielkiego się dzieje w tej Czeczeni? Tysiące okaleczonych dorosłych i dzieci, zniszczone Grozny, zaminowane pola, połowa czeczeńskiego narodu wybita. Jak to nie jest patologia, to co nią jest? Igraszki specnazowców opisane przez Prilepina? Pierwsza wojna czeczeńska, która była słuszna? A druga już nie? Bo coś tam, bo jakieś gry i zabawy, które nie śniły się Rosjanom. Bo Putin jest zły, bo taką politykę przyjęła Partia Narodowo-Bolszewicka, a polityka Jelcyna, dzięki której połowa czeczeńskiego narodu poszło do piachu była słuszna? To może patologią nie jest ani wojna, ani poker przy stoliku SFB, ale sama wiara Prilepina, wartościowanie wydarzeń. Polityka, którą uprawia? Patologie, moje patologie.</p><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">cdn<br /></p><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">***</p><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"><br /></p><div style="text-align: justify;"><span class="posthref" data-href="http://zaharprilepin.ru/ru/foto/chechenskiye.html">(zdjęcia z Czeczenii z Zacharem Prilepinem w roli głównej)</span></div><p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">Głównym źródłem wiedzy o wojnie w Czeczeni jest książka Krystyny Kurczab Redlich, Głową o mur Kremla, Warszawa 2007.<br /> </p> <p style="margin-bottom: 0cm;"> </p> <p style="margin-bottom: 0cm;"><br /> </p> </div> <div class="BlogWpisInfo"> <div class="InfoPodTekstem"> <div class="infoTagi">Tagi: <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Borys-Jelcyn" target="_blank">Borys Jelcyn</a> <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Czeczenia" target="_blank">Czeczenia</a> <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/patologie" target="_blank">patologie</a> <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Zachar-Prilepin" target="_blank">Zachar Prilepin</a> </div> <span class="IPTczas">14:57</span>, <span class="IPTautor">rafky</span> <br/> <a class="IPTlinkuj" href="/2010/07/Na-tropie-patologii-w-debiucie-Zachara-Prilepina.html">Link</a> <a class="IPTkomentuj" href="http://www.blox.pl/komentuj/rafky/2010/07/Na-tropie-patologii-w-debiucie-Zachara-Prilepina.html" rel="nofollow"> Dodaj komentarz » </a> </div> </div> </div> <div class="BlogDataWpisu"> czwartek, 27 maja 2010 </div> <div class="BlogWpisBox"> <a name="entry_4669418"></a> <div class="BlogWpisItemTytul">Perwersyjnie związane ręce Jakobe Mansztajna </div> <div class="BlogWpisTresc"> <div style="text-align: justify;"><font size="3">Zaczęło się od informacji, że Jakobe Mansztajn nie tylko nominowanym był, ale i nagrodę w kategorii debiut roku za tom <span style="font-style: italic;">Wiedeński high-life</span> we wrocławskim Teatrze Muzycznym zgarnął.</font><br /><br /><font size="3">Nie mam ręki do poetów więc musiałem sobie wygoglać poetę Mansztajna i poskakać po stronach różnorodnych, tak, że na drugi dzień - podejrzewałem - artretyzm jakiś mi wyskoczy pod pachą. W ogóle noc miałem całą dla siebie. Tylko ja, klawiatura i papierosy. No i pomieszczenie, ale to się samo przez się rozumie, że pomieszczenie też nie w kij dmuchał - się znalazło w tę noc ciemną i głuchą, nie licząc warkotu silników też różnych zresztą. Bo diesel - wiadomo - czy benzyna, czy LPG. Ale to pomińmy. To proza przecież. Koło poezji to nawet nie stało.</font><br /><br /><font size="3">Przejrzałem to i owo i zatrzymałem się - bo człowiek ma to do siebie, że robi sobie przerwy - na <span class="posthref" data-href="http://niedoczytania.pl/?p=4975">wywiadzie</span> Błażeja Kozickiego z Jakobe Mansztajnem, opublikowanym na stronie niedoczytań prawie że rok temu, czyli w sierpniu 2009 roku.</font><br /><br /><font size="3">No i panowie sobie rozmawiają, wiadomo, o życiu, o poezji, o pismach literackich  i o wielu innych sprawach. </font><br /><br /><font size="3">W którymś momencie Kozicki  mówi coś takiego, cytuję: <br /><br /><span style="font-style: italic;">Zawsze mnie zastanawia ten jakby konflikt wiekowy, który skłania młodych do wyrażania się w pubach i klubach, a starszych - do wyrażania się w regionalnych centrach kultury czy innych, jak dla mnie sztywnych, stowarzyszeniach.</span></font><br /><br /><font size="3">Jakobe Mansztajn bezpośrednio na tę sugestię, odpowiada:</font><br /><br /><font size="3">  <span style="font-style: italic;">W Trójmieście znajduje potwierdzenie reguła, która mówi, że starzy okupują domy kultury, organizując co jakiś czas spotkania z osiemdziesięciopięcioletnią poetką, na które przychodzi co najwyżej sześć osób, wliczając w to ją i prowadzącego spotkanie, podczas gdy młodzi siedzą w klubach i kawiarniach, mając przy tym niejednokrotnie związane ręce, gdy próbują zrobić coś fajnego. Wiele razy próbowałem wdrożyć w życie pomysł ciekawej - jak mi się zdaje - imprezy literackiej i często, bez odpowiedniego poparcia ze strony osób z domów kultury, kończyło się to fiaskiem.</span></font><br /><br /><font size="3">Przytoczyłem ten fragment wywiadu, bo jestem zdania, że człowiek nawet taki jak ja, któremu warkot silników nie przeszkadza w nocy, chociaż tak się składa, że mógłby przeszkadzać, w naturalny sposób szuka jakiegoś związku, może nawet wyższego prawa, które umożliwi takiemu jak ja, a w szerszym planie każdemu, upchnąć siebie w kontekst, jakikolwiek by nie był, ponieważ jak mówi jedna z bohaterek amerykańskiego serialu <span style="font-style: italic;"><span class="posthref" data-href="http://pl.wikipedia.org/wiki/S%C5%82owo_na_L">The L Word</span>,</span> każdego z każdym coś łączy. W <span style="font-style: italic;">The L Word </span>wszystkich ze wszystkimi łączy seks, a w literackim świecie wszyscy ze wszystkimi połączeni są albo domem kultury albo pubem/klubem i stąd wniosek prosty i zasadny znany od lat i powtarzany od czasu do czasu z uporem - świat jest mały,  itd., i że chociaż z Jakobe Mansztajnem nie znamy się to jednak jakobyśmy się znali. </font><br /><br /><font size="3">Drugi wniosek jest mniej oczywisty, co nie znaczy, że bezzasadny. Otóż nawet jeżeli jak mówi Kozicki, tak starzy jak i młodzi <span style="font-style: italic;">wyrażają się</span>, to konstrukcja wypowiedzi sugeruje, że pub czy klub, to forma uniwersalna, kosmiczna, bez zobowiązań i granic, takie szengen prawie. Natomiast centra kultury czy stowarzyszenia - jak sugeruje Kozicki - ograniczone są geografią, a dokładniej regionem. Jak wchodzisz do pubu, to jesteś wszędzie i jesteś każdym. Jak wchodzisz do centrum kultury, to jesteś tu i teraz, to jesteś stary, hehe, itd.</font><br /><br /><font size="3">Dlatego -  i to już ostatni wiosek - starzy (jak mówi Jakobe Mansztajn) domy kultury okupują, heh, a młodzi siedzą w pubach, a nawet - perwersyjnie - mają związane ręce. Pomijam już dynamikę zwrotów okupować i siedzieć, bo rzuca się w oczy jak słoik z masłem orzechowym na półce pod prysznicem. Starość jaka by nie była, mentalna, czy naoczna wbrew logice jest jednak dynamiczna przez co, jak wynika z obserwacji, destrukcyjna. Kiedy z moimi przyjaciółmi próbowaliśmy namówić miejscowy dom kultury na pokaz filmu 'Podziemne państwo kobiet' po miesiącach negocjacji, heh, zostaliśmy odesłani z kwitkiem, więc film pokazaliśmy w pubie. I tam w pozycji perwersyjnie-związane-ręce ćmilismy fajki, piliśmy piwo i oglądaliśmy film. </font><br /><br /><font size="3">Jednak - i tutaj już finiszujemy - symboliczne wyjście z pubu/klubu/kawiarni wisi  nad pozycją perwersyjne-związanie-rąk od samego początku świata, heh, i nie sposób tego nie zauważyć. To takie oczywiste. W <span style="font-style: italic;">The L Word</span> bohaterki wolny czas spędzają w kawiarni The Planet lub w klubie Pizda:Noc (czy coś takiego), a ja dzisiaj, cholera, idę do domu kultury żeby zobaczyć Króla Edypa wystawionego przez jakąś licealną młodzież. I ten paradoks jest tutaj istotny. Że wcześniej czy później wszyscy znajdziemy się w domu kultury, heh, dlatego centra kultury trzeba radykalnie traktować trotylem, a puby lub kluby nazywać antymieszczańsko. Lub na odwrót.<br /></font></div> </div> <div class="BlogWpisInfo"> <div class="InfoPodTekstem"> <div class="infoTagi">Tagi: <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Blazej-Kozicki" target="_blank">Błażej Kozicki</a> <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Jakobe-Mansztajn" target="_blank">Jakobe Mansztajn</a> <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/The-L-Word" target="_blank">The L Word</a> </div> <span class="IPTczas">11:40</span>, <span class="IPTautor">rafky</span> <br/> <a class="IPTlinkuj" href="/2010/05/Perwersyjnie-zwiazane-rece-Jakobe-Mansztajna.html">Link</a> <a class="IPTkomentuj" href="http://www.blox.pl/komentuj/rafky/2010/05/Perwersyjnie-zwiazane-rece-Jakobe-Mansztajna.html" rel="nofollow"> Dodaj komentarz » </a> </div> </div> </div> <div class="BlogDataWpisu"> niedziela, 07 marca 2010 </div> <div class="BlogWpisBox"> <a name="entry_4486293"></a> <div class="BlogWpisItemTytul">Bez kultury</div> <div class="BlogWpisTresc"> <div style="text-align: justify;"><font size="3">Konrad Wicher (Sanestis Hombre) wystartował z nowym projektem. Do tej pory znany niektórym jako ojciec dyrektor forum kulturalno-literackiego <span class="posthref" data-href="http://dokunamente.mojeforum.net/index.php">Dokunamente.</span></font><br /><br /><font size="3">Jakiś czas temu przepadł gdzieś, cholera wie gdzie. Zostawił swoje maryjne radio i postanowił zrobić krok naprzód. Niektórzy mieli okazję widzieć jego samospalenie, które prawdopodobnie przyczyniło się do odejścia WojtkaBezdomnego z radia maryja. Wojtek też wrócił zresztą.</font><br /><br /><font size="3">Potem widziano go w kilku miejscach naraz, znaczy Sanestisa. Między innymi w Toruniu.</font><br /><br /><font size="3">Teraz wrócił. I przez to wszyscy liczą, że zniknie znowu.</font><br /><font size="3">Jego nowa twarz, niemaryjna, wychodzi naprzeciw wszelkim niesymetrycznym aspiracjom.</font><br /><font size="3">Po pierwsze możemy zaznajomić się z komiksem, do którego scenariusz napisał Sanestis, a rozrysował historię Lupus. Komiks jak przystało na niemaryjną odsłonę nosi nazwę <span class="posthref" data-href="http://issuu.com/bez_kultury/docs/noc_kupaly">NOC KUPAŁY.</span></font><br /><br /><font size="3">Drugi policzek, który Sanestis nastawił zwie się <span class="posthref" data-href="http://www.bez-kultury.ych.pl/index2.htm">BEZ KULTURY.</span></font><br /><font size="3">I z tego co zdążyłem się zorientować dzisiaj, tj. 7 marca ma swoją premierę w sieci.</font><br /><br /><font size="3">Chwalmy Pana!</font><br /></div><font size="3"><br /><br /><br /><br /></font> </div> <div class="BlogWpisInfo"> <div class="InfoPodTekstem"> <div class="infoTagi">Tagi: <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Bez-Kultury" target="_blank">Bez Kultury</a> <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Noc-Kupaly" target="_blank">Noc Kupały</a> <a href="http://www.blox.pl/blog/tag/Sanestis-Hombre" target="_blank">Sanestis Hombre</a> </div> <span class="IPTczas">21:46</span>, <span class="IPTautor">rafky</span> , <a class="IPTkategoria" href="/html/1310721,262146,21.html?628018">Liternet</a> <br/> <a class="IPTlinkuj" href="/2010/03/Bez-kultury.html">Link</a> <a class="IPTkomentuj" href="/2010/03/Bez-kultury.html#ListaKomentarzy"> Komentarze (2) » </a> </div> </div> </div> <div id="BlogStronicowanieBox"> <table> <tr><td class="BlogStronicowaniePoprzednie"> <div>   </div> </td><td class="BlogStronicowanieStrony"> <div> 1 , <a href="/html/1310721,262146,169.html?2">2</a> , <a href="/html/1310721,262146,169.html?3">3</a> , <a href="/html/1310721,262146,169.html?4">4</a> , <a href="/html/1310721,262146,169.html?5">5</a> <a href="/html/1310721,262146,169.html?6">...</a> <a href="/html/1310721,262146,169.html?6">6</a> </div> </td> <td class="BlogStronicowanieNastepne"> <div> <a href="/html/1310721,262146,169,170.html?1,1">następne</a> </div> </td></tr></table> </div> </div> </td> </tr> </table> </div> <div id="Stopka"></div> </div> <script type="text/javascript"> document.domain = 'blox.pl'; </script> <div id="sidebox_wrap"> <div id="sidebox_control" class="exp"> <div id="sidebox_bg"></div> <div id="sidebox" class="skin1"> <div id="sidebox_roll"></div> <div id="sidebox_body"> <a href="http://blox.pl/"><img src="http://blox.pl/images/belka/bloxlogo.png" alt="Blox.pl" /></a> <div class="nav"> <a class="nb" href="#" id="sidebox_btnprev"><span>poprzedni blog</span></a> <a class="nb" href="#" id="sidebox_btnnext"><span>następny blog</span></a> <a class="cb" onclick="dataLayer.push({'dimension7': dimension7,'vpv': vpv, 'event':'SendVirtualPageView'});" href="http://www.blox.pl/html/8257537.html"><img src="http://blox.pl/images/belka/createblox-btn-skin1.png" alt="załóż bloga" /></a> <a class="cb" onclick="dataLayer.push({'dimension7': dimension7,'vpv': vpv, 'event':'SendVirtualPageView'});" href="http://www.blox.pl/blog/signup/1"><img src="http://blox.pl/images/belka/createblox-btn-skin1.png" alt="załóż bloga" /></a> </div> <!-- .nav --> <div id="sidebox_container_0" class="list"> <strong id="sidebox_title_0" class="h"></strong> <ul id="sidebox_list_0"> <li class="dummy"></li> </ul> <!-- #sidebox_list_0 --> <p class="more"><a id="sidebox_link_0" href="#"></a></p> </div> <!-- .list --> <div id="sidebox_container_1" class="list"> </div> <!-- .list --> </div> <!-- #sidebox_body --> </div> <!-- #sidebox --> </div> <!-- .exp --> </div> <!-- #sidebox_wrap --> <iframe id="boxframe" name="bblo_frame" src="http://cookiecontainer.blox.pl/html?page=cookieStore¶ms=602,296354"></iframe> <script type="text/javascript"> function bblo_addEvent(obj, type, fn) { if (obj.addEventListener) { obj.addEventListener(type, fn, false); } else if (obj.attachEvent) { obj["e" + type + fn] = fn; obj[type + fn] = function() { obj["e" + type + fn] (window.event); } obj.attachEvent("on" + type, obj[type + fn]); } } function bblo_O(n) { return document.getElementById(n); } function bblo_trim(x){return x.replace(/^\s+|\s+$/g,'');} function bblo_hasClass(obj, clName) { var clN = ' ' + obj.className + ' '; return (clN.match(' ' + clName + ' ') != null); } function bblo_addClass(obj, clName) { if (bblo_hasClass(obj, clName)) return; obj.className = bblo_trim(obj.className + ' ' + clName); } function bblo_removeClass(obj, clName) { if (!bblo_hasClass(obj, clName)) return; var clN = ' ' + obj.className + ' '; eval("obj.className = bblo_trim(clN.replace(/ " + clName + " /g,' '));"); } function bblo_swapClass(obj, oldName, newName) { bblo_removeClass(obj, oldName); bblo_addClass(obj, newName); } var blox_frame = null; function bblo_init(e) { if (top.location != self.location) return; blox_frame = window.frames['bblo_frame']; window.setTimeout(bblo_ready, 10); } function bblo_completeList(n, item) { var obj = { title: bblo_O('sidebox_title_'+n), link: bblo_O('sidebox_link_'+n), list: bblo_O('sidebox_list_'+n), container: bblo_O('sidebox_container_'+n) }; try { obj.title.innerHTML = item.title; obj.link.href = item.link_uri; obj.link.innerHTML = item.link_caption; obj.container.className = 'list ' + item.class_name; for (var i = 0; i < item.data.length; i++) { var o_link = document.createElement('a'); var o_span = document.createElement('span'); var o_li = document.createElement('li'); o_link.innerHTML = '<strong>' + item.data[i].title + '</strong> ' + item.data[i].name; o_link.href = item.data[i].uri; o_span.innerHTML = item.data[i].when; o_li.appendChild(o_link); o_li.appendChild(o_span); obj.list.appendChild(o_li); } } catch (e) {;} } var blox_data_done = false; function bblo_ready() { try { if (blox_frame.blox_is_ready()) { if (blox_data_done) return; blox_data_done = true; var t_data = bblo_frame.blox_get_data(); g_data = t_data; if (t_data.display == '0') { bblo_swapClass(bblo_O('sidebox_control'), 'exp', 'fold'); } bblo_O('sidebox_btnprev').href = t_data.prev; bblo_O('sidebox_btnnext').href = t_data.next; for (var i = 0; i < t_data.items.length; i++) { bblo_completeList(i, t_data.items[i]); } bblo_addEvent(bblo_O('sidebox_roll'), 'click', bblo_toggle); bblo_O('sidebox_wrap').style.display = 'block'; } else { window.setTimeout(bblo_ready, 10); } } catch (e) { window.setTimeout(bblo_ready, 10); } } function bblo_toggle() { var obj = bblo_O('sidebox_control'); var write = '0'; if (bblo_hasClass(obj, 'exp')) { bblo_swapClass(obj, 'exp', 'fold'); } else { bblo_swapClass(obj, 'fold', 'exp'); write = '1'; } blox_frame.blox_toggle_display(write); } bblo_addEvent(window, 'load', bblo_init); </script> <script> var pingUrl = window.location.protocol + '//' + window.location.host + '/blog/ping/'; var xhr = new XMLHttpRequest(); xhr.open("GET", pingUrl, true); xhr.send(); </script> <script type="text/javascript"> (function(d, s, id) { var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0]; if (d.getElementById(id)) return; js = d.createElement(s); js.id = id; js.src = "//connect.facebook.net/pl_PL/sdk.js#xfbml=1&version=v2.3&appId=151924531509550"; fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs); }(document, 'script', 'facebook-jssdk')); </script> <script src="https://apis.google.com/js/platform.js" async defer> {lang: 'pl'} </script> </body> <!-- if mobile end --> </html>