Blog prowadzony przez Rafała Klana
O autorze
stat4u

Wpisy z tagiem: Duszejko

poniedziałek, 15 lutego 2010
Janina Duszejko żyje poza ogólnością
Podskórnie czuję, że wszystko idzie w złym kierunku. Od samego początku mam złe przeczucia. Począwszy od informacji o kryminale, plątających się pod nogami wzmiankach o pastiszu, skończywszy na thrillerze moralnym. Potem dochodzą do tego Czechy, w tv zaproszona krytyczka literatury oznajmia, że bardzo tutaj Czechami pachnie, panie, bardzo. Do ogniska zaprasza się Elisabeth Costello. Elisabeth Costello wstawia się punktualnie i podbija kartę pracy. Niezawodnego Williama Blake'a znowu spotykam pod wpływem wizji. Niewątpliwie J.M. Coetzee jest wegetarianinem, a Peter Singer autorem Wyzwolenia zwierząt.

Na koniec Janina Duszejko ma przed oczami możliwie najwięcej wydrukowanych programów telewizyjnych możliwie największej liczby kanałów. I na przekór wszystkim krytykom literackim prowadzi analizę zależności między konkretną ofertą telewizyjną a układem planet. Przypomina mi to trochę pewien eksperyment, do którego zachęcają Dyskordianie. Zalecają słuchać naraz kilkadziesiąt różnych stacji telewizyjnych. Jest to – przekonują Dyskordianie – język jakim przemawia do nas świat.


Mam tak samo. Z różnych stron przemawiają do mnie różne gatunki, wpływy, konteksty – to zrozumiałe. Im więcej tym pozornie lepiej. Pozornie przecież z tych wszystkich głosów powinien układać się w końcu jakiś wzór. I nawet, nie powiem, układa się. Sama Olga Tokarczuk powiedziała, że zamarzyła się autorce rzecz lekka, łatwa i przyjemna. Rodzaj odpoczynku. Dobrej energii. Wyciszenia. Sama przyjemność. Tylko dlaczego nie potrafię sobie tej lekkości przyswoić. Dlaczego mnie ta łatwość i przyjemność gnębi po nocach? Bo – jak moja matematyczka w podstawówce powtarzała – najtrudniejsze są rzeczy łatwe?  A może dlatego, ze nie  mam innych zmartwień na głowie? I lepiej, żebym w końcu wziął się za odśnieżanie, bo nadciąga  dziewiąty atak zimy tej zimy?

Po prostu nie wierzę, że można tę książkę ot tak przeczytać, przetrawić i podać na tacy zimne przekąski. Owszem, może na zimno, chociaż na pewno z wypiekami na twarzy szukam śladów, próbując dotrzeć do Duszejko. Przeglądam co piszą o Williamie Blake'u, co pisze jeden z drugim o jego micie, szczególnie na temat Pierwszej księgi Urizena, bo przecież sama Duszejko i jej były uczeń, Dyzio, szczególnie Dyzio, zajmują się właśnie tłumaczeniem tej księgi. Duszejko jest pod jej wpływem – bez dwóch zdań. Gdyby to był wpływ jedynie intelektualny, wtedy pojawia się tyle możliwości, porównań, poszukiwań. Kto wcześniej powiedział to lub tamto. Ale nie, to nie jest wpływ intelektualny, to jest wpływ duchowy, który Duszejko przeobraża i nie jest to jakaś płytka, papierowa, popkulturowa przemiana. Przybiera ona najgłębszy wymiar jaki jest mi znany. Pozbawiający rozum oręża, za to współodczuwający z całym Wszechświatem. Dolegliwości pisane wielką literą, które od czasu do czasu nawiedzają bohaterkę Tokarczuk czy nie są tym samym, co przetrącone biodro Jakuba lub dolegliwość oczu Pawła, który kiedyś był Szawłem, a który od czasu do czasu narzekał w listach kierowanych do wspólnot wierzących na problemy z wzrokiem? I jak tłumaczyć słowa Janiny Duszejko, kiedy domaga się od lekarze czegoś, co by ją znieczuliło? Nie chce odczuwać, koniec zmartwień, spać. Czy nie jest to efekt właśnie kruchego naczynia, które zostaje dopuszczone jak w przypadku Jakuba czy Pawła do spotkania z ponadludzkim, pozarozumowym? I czy nie jest tak, ze kiedykolwiek dochodziło do spotkania, zderzenia się tych dwóch światów, kruche ciało ludzkie doznawało uszczerbku? Z  największym trudem nosiło w sobie 'absurd' tego doświadczenia, które łączy duchowe z materialnym w doczesnym świecie? I które zarazem tęskni do pozbawienia się kruchego naczynia by w końcu przejść na drugą stronę?   

Duszejko przez fakt odtrącenia logiki Urizena nadaje moim próbom zbliżenia się do niej jakąś szczególną, wyjątkową bezradność. Nie znam, a przynajmniej nie miałem okazji w ostatnich latach spotkać na kartach polskiej literatury kogoś kto z taką bezwzględną śmiałością przeciwstawia się rozumowi, mówiąc, że jego reguły są głupie i sztywne. Dlatego mam wątpliwości. Czy doprawdy ta kobieta byłaby wymarzoną sąsiadką jak pisze jeden z autorów recenzji? I czy czasami fakt, że Duszejko przeciwstawia serce rozumowi nie jest przyczynkiem do rozpoznania bohaterki w recenzjach książki  Tokarczuk jako starej wariatki lub dziwaczki? Bo przecież Elisabeth Costello, którą się przy okazji przywołuje, mając w pamięci Żywoty zwierząt J.M. Coetzeego, stosuje podobną strategię na płaszczyźnie idei, ale sama walczy z akademicką bezpłodnością, kręceniem się w kółko, zjadaniem własnego ogona. Jest pisarką zaproszoną przez amerykański uniwersytet, na którym wygłasza dwie zaskakujące mowy na temat zwierząt. Czy ktoś w związku z tym powie o Costello, że jest niegroźną wariatką? Dziwaczką? A przecież staje po tej samej stronie co bohaterka Tokarczuk. Wystarczy  wyobrazić sobie Elisabeth Costello kilka tysięcy kilometrów dalej, nie przemawiająca na uniwersytecie, ale próbującą przekonać funkcjonariusza Straży Miejskiej jak to czyni Duszejko. Musi zrezygnować z języka, którym posługuje się środowisko akademickie. Niech przekona nie tylko funkcjonariusza, niech przekona kogokolwiek. Tokarczuk w pewnym sensie sprowadza dyskusję o zwierzętach z akademickich wyżyn do Kotliny Kłodzkiej. Teorię akademickiego wykładu wprowadza w czyn. Sprawdza siłę tego przekazu. W rezultacie staje się zwykłą jakich wiele dziwaczką. Jakby zbierała koperty z całego świata i pisała petycje do Watykanu z prośbą o kopertę do kolekcji,  którego urzędnicy nie mają czasu ani wyrozumiałości dla petenta. No takich dziwaków jest mnóstwo. Dlatego  Olga Tokarczuk wyposaża Janinę Duszejko nie w miecz jakiejś idei, ale w coś, co w rozmowie z funkcjonariuszem Straży Miejskiej przeradza się w mistyczne uniesienie. Staje się medium i wypowiada słowa, których, jak mówi,  nie potrafi  powstrzymać, a źródło samych słów pochodzi 'skądś'. Bohaterka   jak przystało na mistyczne przeżycie jest pod wpływem 'stanu jasności'. Ogarnia ją 'świetlista aura',  unosi się nad ziemią (no, niedosłownie przecież). Poza tym jako medium przestaje Duszejko interesować czy jest słuchana czy nie. Mówi cicho ze wzrokiem wbitym w ziemię. Istotny jest przekaz. Musi zostać wyartykułowany.

Uwidacznia się więc istotna różnica między Costello a Duszejko. Pierwsza na zaproszenie uniwersytetu wykład swój prowadzi przed elitą. Duszejko nawet słuchaczy zostaje pozbawiona. A może nie, bo przecież słucha Duszejko pies, Pudel. Bohaterka Coetzee'ego może liczyć na szerokie omówienie wykładu. Duszejko zarabia na opinię starej wariatki, śmiech i powszechną opinię o starszych kobietach, których opieka nad zwierzętami przekracza dobry smak.

Ale linia podziału między Costello a Janiną Duszejko biegnie również na innym poziomie. Być może fundamentalnym dla zrozumienia bohaterki Olgi Tokarczuk. Duszejko staje się rzecznikiem porządku, 'boskiego' prawa. W sensie Blake'owskim jest powiernikiem Raju i zapowiada nadejście świata bez Upadku, bez Urizena, bez Szatana. W tym sensie samotność Duszejko nie jest jedynie wynikiem odrębnego  ujęcia priorytetów, ale jest samotnością totalną, zupełną, nie poddającą się jakiejkolwiek racjonalnej ocenie. Albo – powołując się na Kierkegaardowskie rozróżnienie między tym co ogólne a tym co jednostkowe – Duszejko żyje poza ogólnością i na swojej drodze nie spotka przyjaznej duszy. Nie jest bohaterką tragiczną, która wzbudza współczucie i zadumę nad ludzkim losem. Nie. Jest ponad tym, a przez to nie poddaje się ot prostej próbie przyłączenia jej do ogólnie pojętych wartości. Ten kto próbuje dokonać jej oceny czy to krytyk literacki, czy bohater książki może jedynie przywołać kategorię dziwaczki, starej wariatki, względnie okazać sympatię powołując się na jej poczciwość, wrażliwość, itp. W ten sposób będzie można powieść zaliczyć do kryminału lub thrillera moralnego lub antykryminału, za to umknie czytelnikowi element przypowieści lub mistycznie moralizującego traktatu. Bo pomijając metafizykę, mistyczne uniesienia Janiny Duszejko, głęboką powagę z jaką Duszejko traktuje słowa Blake'a oraz wewnętrzną potrzebę wprowadzania słów nie poety Blake'a, ale proroka Williama Blake'a w czyn, ten dostrzeże jedynie morderstwa, krytykę współczesnego świata, kościoła, itd. A w konsekwencji za nic w recenzjach książki nie będzie chciał taki krytyki ujawnić sprawcy morderstw jakby ujawnienie tej tajemnicy cokolwiek zmieniało w przesłaniu powieści. Właśnie odwrotnie. Opowiadać o powieści Tokarczuk należy  od ujawnienia mordercy, żeby w ten sposób dokonać przewartościowania historii, wykazując, że Tokarczuk zawiesiła etykę, czyli to co ogólne na rzecz tego co jednostkowe w takim znaczeniu w jaki opisuje zawieszenie etyki i jej konsekwencje Kierkegaard w Bojaźni i drżeniu.  Bo Janina Duszejko nie jest pierwszą lepszą bohaterką współczesnej powieści. Nie da się jej wykorzystać promując lewicowe czy prawicowe wartości. Nie da się jej w ogóle  doraźnie wykorzystać.
cdn
poniedziałek, 08 lutego 2010
Janina Duszejko widzi parodię pierwotnej Harmonii
Janinie Duszejko blisko jest do Williama Blake'a. Jeżeli przyjęła Blake'owską mitologię, to postrzeganie świata a także wszystkie jej altruistyczne próby wypływają z mitycznego porządku, odmiennego od prawa Urizena, czyli prawa ziemskiego. Jeżeli tak jest, to Duszejko nie kieruje się swoją prywatną religią, jak proponuje Eliza Szybowicz ani nie wyznacza granic liberalizmu, ani też nie znajduje się na marginesie globalnego kapitalizmu.

W jednym miejscu  bohaterka książki Tokarczuk wspomina o Gniewie. Po czym przyznaje, że powołuje się na 'naszego Blake'a' przy czym zdradza się ze swojej oceny słów poety. Jest przekonana, że to prawda (s. 70).  Wynikają z tego co najmniej dwie konsekwencje. Pierwsza, oczywista - Blake mówi prawdę. A druga, że nie jest to sam Blake, ale nasz, czyli zaadoptowany -  z jednej strony tłumaczony przez przyjaciela Duszejko, z drugiej interpretowany. Nie jest to przekład jedynie  poezji, ale jak wynika z innych fragmentów - próba przyswojenia  Blake'owskiej mitologii, która - w oczach Duszejko - jest właśnie prawdą. Decydują o tym  inne fragmenty książki. Bohaterka bezpośrednio odwołuje się do jednej z części Człowieka Przedwiecznego, czyli Urizena (budowniczego wszechświata), Rozumu, upadłego aspektu Bóstwa, Szatana. Mówi więc, że ,,tu na dole, w świecie Urizena, działa prawo". Jakie to prawo? Według Williama Blake'a to brak uczuć, samotność, chłód i potęga rozumu. Ale - co warto zaznaczyć, bo to jest kolejny ślad wpływu Blake'a na Duszejko - potęga rozumu nie przynosi człowiekowi wytchnienia. Odwrotnie. Blake był zdania, że im więcej wpływu Rozumu, tym w konsekwencji większy upadek. Dlatego Janina Duszejko odżegnuje się od psychologii i socjologii, a całą swoją energię poznawczą kieruje na astrologię. Na badanie wpływu planet na życie tutaj, które toczy się pod dyktando Urizena.

I jeszcze jedno rozpoznanie istotne dla działań Duszejko. Świat po Upadku, w którym dominuje Urizen, to świat, gdzie ustanowiono, nakreślono granice, które początkowo nie istniały, gdzie ich być nie powinno. Taką granicą  jest brak harmonii między  ludźmi i zwierzętami, gdzie te drugie morduje się (używając języka Duszejko) bez żadnych konsekwencji. Chaos  z kolei powstał w wyniku rozpadu jedności. Czyli odnosząc się do starotestamentowej księgi genezis świat według Blake'a jest wynikiem konfliktu, zachwiania ładu i wszystko co dzisiaj widzimy, np. mężczyznę i kobietę, wcześniej było jednym. Duszejko więc próbuje te granice i podziały zacierać, broniąc za wszelką cenę praw zwierząt. I nawet jeżeli z punktu widzenia zwolenników ochrony praw zwierząt Duszejko wpisuje się w ich kampanię, to prawdopodobnie bohaterka Tokarczuk wskazałaby jednak na głębsze motywacje swoich decyzji. Zresztą wybór mitologii Blake'a, historii Upadku człowieka czyni   bohaterkę powieści więźniem jej własnych wyborów. Bo jeżeli w świecie poety  istnieje nadzieja na powrót do świata przed Upadkiem, odtworzeniem  stanu przed dezintegracją, to raczej dotyczy on jednostki niż całego wszechświata i w tym sensie gdyby uznać, że Duszejko potrafiła dokonać integracji wszystkich czterech elementów Człowieka przed Upadkiem, to jest to jedynie indywidualny akt. W myśl tego doświadczenie Janiny Duszejko, to nieustanny ciąg powtarzającego się dramatu - zbawienia i upadku. Zresztą dla Blake'a kanałem, który łączy człowieka z utraconą Wiecznością jest aktywność artystyczna  oraz seksualna. Co z kolei w przypadku zainteresowań astrologią Duszejko można traktować w kategoriach działań artystycznych.

Czy bohaterka Olgi Tokarczuk  żyje na marginesie czegokolwiek, jakiegokolwiek systemu, jeżeli przyjmując świat Blake'a wszyscy jesteśmy samotni.  Nawet jeżeli prowadzimy życie poza hałasem globalnego kapitalizmu. Nasz byt determinuje  życie w świecie po Upadku, parodii Wieczności.  Szczęście lub nieszczęście nie zależy od tego gdzie obecnie się znajdujemy - czy jest to margines, czy  centrum, ponieważ według Blake'a, to bardziej psychiczny stan niż fizyczny. I tylko w sobie możemy próbować dokonać integracji elementów rozpadu, np. widząc Wieczność, swoją potencjalną boskość, pozbawiając się wpływów Rozumu, Urizena na rzecz  Wyobraźni.
Analogicznie Duszejko nie stara się wyznaczać nowych granic liberalizmu, próbuje natomiast właśnie te granice zacierać, poprzez próbę osiągnięcia świata (Raju) przed Upadkiem. Co z kolei jest zrozumiałe jeżeli do tego świata (Raju) od czasu do czasu ma dostęp. Co jednak jednocześnie nie może przynieść wymiernych korzyści.

Jeżeli więc prawdą jest, że Janina Duszejko patrzy na kondycję człowieka oczami Blake'owskiej wizji świata po Upadku, to jej próby zaprowadzenia ładu są z góry skazane na niepowodzenie. A rewersem tego niepowodzenia jest bezwzględny kłusownik.

*

Informacje o Williamie Blake'u pochodzą z eseju Tomasza Sikory Blake'owska wizja Upadku opublikowanym w Dykcji z 1999 roku, nr 11-12, s. 164-169.
oraz z książki Czesława Miłosza Ziemia Ulro, Kraków 1994, s. 164-188.
niedziela, 31 stycznia 2010
Janina Duszejko widzi sprawy jaśniej
Im dłużej przyglądam się Janinie Duszejko, tym więcej mam wątpliwości.

Trzeba jednak najpierw zebrać materiały, a potem wyciągać wnioski. Przeglądam Prowadź swój pług przez kości umarłych, żeby odpowiednie materiały zebrać w jednym miejscu. Nie jest to znowu takie proste. Nie dlatego, że materiał jest zagmatwany. Po prostu brakuje czasu, więc przejrzałem na razie 1/4 powieści Olgi Tokarczuk.

Duszejko jest właściwie samotną kobietą. Mieszka w opustoszałej osadzie. Ma dwóch sąsiadów. Z czego jeden umiera na początku powieści. Drugi będzie żył do końca. Jeżeli tego pierwszego, Wielką Stopę, omija szerokim łukiem, to drugiego spotyka raz na kilka dni. Poza tym cała trójka mieszka od siebie oddalona, w osobnych domach, więc większość czasu Duszejko spędza samotnie, bez ludzi. Mówię na razie o tej 1/4 części książki, bo potem jeszcze kilka faktów z jej życia pojawi się na kartach powieści, np. tłumacz-amator Wiliama Blake'a, który od czasu do czasu wpada do Duszejko i omawiają wspólnie prace nad przekładem.

Jej samotność w obliczu walki, którą podejmuje którą zresztą prowadzi dużo wcześniej przed wydarzeniami opisanymi w książce czyni jej starania marginalnymi. Chciałaby bronić zwierząt przed kłusownikami, ale na razie rejestruje tylko ich zbrodnie, próbując od czasu do czasu wpłynąć na któregoś z nich. Na przykład na Wielką Stopę, uwalniając sukę, która podczas nieobecności właściciela, wyje zamknięta w stodole. Wszystko co może zrobić Duszejko, to uwolnić sukę, ale poza tym aktem nie ma żadnego planu, więc suka i tak wraca do Wielkiej Stopy. Co z tego wynika? Prawdopodobnie tyle, że Duszejko działa pod wpływem impulsu. Jej działania są chaotyczne i w rezultacie nawet jeżeli dokona jakieś śmiałego kroku, to nie potrafi przewidzieć  konsekwencji. Więc jak w przypadku suki Wielkiej Stopy wszystko wraca do normy. Uwolnienie suki staje się ciężarem dla samej Duszejko. Wypuszcza sukę na zewnątrz i pies wraca do właściciela. A właściciel ponownie zamyka psa w stodole.

Poza policją Duszejko nikogo nie informuje o nieludzkim traktowaniu zwierząt przez swojego sąsiada. Raczej, właśnie dlatego, że wiedzie życie pustelnika, bliższe są jej rozwiązania radykalne.

Po rozmowie z komendantem policji pojawia się pierwszy raz sformułowana przez Duszejko strategia, która organizuje jej życie. I to jest Gniew, który według Duszejko zaprowadza porządek w świecie oraz - i to jest na pewno ważne - Gniew sprawia, że pojawia się w Duszejko dar jasności widzenia (s. 43).
Gdyby złożyć to wszystko w całość, to można zaryzykować na tym etapie taką tezę: Tokarczuk kreśli bohatera na wzór pustelnika, oddalonego od zgiełku, odrzucające zdobycze nauki (np. psychologię i socjologię - s. 32), zdobycze cywilizacji (np. telewizję - ogląda tylko i wyłącznie program z prognozami i omówieniami pogody - s. 56). Dzieli ludzi na trzy kategorie: narciarzy (to hedoniści), alergicy (zawsze na wojnie) i kierowcy (biorą los w swoje ręce). Wiedzę o ludziach i wydarzeniach bierze z astrologii. Innymi słowy jest to współczesny odpowiednik biblijnego proroka, jasnowidza. Zamiast słowa od Boga ma astrologię i układ planet. Ten kontekst proroka jest nie tylko ważny dla zrozumienia samej Duszejko, ale również stawia pytanie o rolę, jaką przypisała Tokarczuk swojej bohaterce. Bo na tym etapie można przypuszczać, że nie tyle autorce powieści idzie o naprawianie świata, ile o informowanie świata, że zmierza w niewłaściwym kierunku. Czyli, jak w przypadku historii wszystkich starych proroków komunikat jaki jest wysyłany w eter brzmi mniej więcej tak: świat jest od fundamentów zgniły, nie da się go zmienić doraźnymi krokami, zmierza w przepaść, żeby to zmienić świat musi zmienić kierunek, a to znaczy, że jego dotychczasowe fundamenty muszą zostać naruszone. Musi nastąpić rewolucja. Kiedyś. W przyszłości. Duszejko tak jak i prorocy jest tej rewolucji zapowiedzią. Ale kiedy ona nastąpi tego nikt nie wie.

Duszejko więc niekoniecznie musi rozumieć rolę jaką ma do odegrania. Ponieważ jak każdy jasnowidz/prorok niekoniecznie rozumie, że przedmiot buntu nie ulegnie ani dzisiaj, ani jutro redukcji. Rewolucja nie zostanie podchwycona przez społeczeństwo. Zadaniem jest tylko głosić, nic więcej, zapowiadać kataklizm. To, że Duszejko czasami podejmuje jakieś działania (jak choćby z suką Wielkiej Stopy) jest wynikiem jej niecierpliwości i działania czysto ludzkiego. Prawdopodobnie nie układ planet (czyli głos Boga) podpowiada Janinie Duszejko potrzebę działania, a ona sama, jej samotność, brak odzewu. Mamy więc nie tyle dramat zwierząt w tej powieści, ile naturalny dyskomfort kogoś, kto podejmuje samotną walkę, która toczy się nie tylko na zewnątrz, ale również między doświadczeniem nadnaturalnym (czytanie z układu planet) a swoją własną, słabą, tylko ludzką psychiką.
sobota, 23 stycznia 2010
Wstęp do śledztwa 02
Jeszcze muszę coś dodać, kilka wątków, które muszą zostać omówione.

Bo że Tokarczuk i Sosnowski decydują się zlecić outsiderom misję, powiedzmy, naprawiania świata - to oczywiście jedno, istotne zagadnienie. Są samotni, funkcjonują na obrzeżach społeczeństwa i przez to społeczeństwo nie są rozumiani. Poza prześledzeniem tego zjawiska ważna jest wobec tego, co wczoraj napisałem jeszcze jedna obserwacja.

Otóż w konstrukcji bohaterów należałoby wyzyskać, w ich relacjach z otoczeniem, czy oni sami posiadają jakiś plan, żeby przekonać społeczeństwo o wartościach, których stają się rzecznikami. Bo czym innym jest oskarżyć, wyrazić swoją niezgodę, czym innym posiadać jakąś alternatywę, czym innym sama konstrukcja bohatera, która przekonuje do tych wartości lub odwrotnie - jednak odpycha od siebie. I na koniec czy dla Tokarczuki i Sosnowskiego wybór outsiderów jest świadectwem przegranej i pogodzeniem się z utratą tych wartości, czy też świadectwem, że jednak projekt, którego bronią jest jeszcze dzisiaj atrakcyjny.
I na koniec czy potrafią przekonać kogoś do tego projektu, czy też ich odosobnienie jest traktowane jako wartość ostatniej, niezdobytej jeszcze twierdzy. Innymi słowy czy potrafią działać w zespole, w grupie ludzi, w społeczeństwie?
O, i to też trzeba brać pod uwagę.
No.
Wprowadzenie do śledztwa
Więc tak: czasami człowiek musi... przeprowadzić śledztwo. I to nie  byle jakie śledztwo, chociaż zapewne nie dorówna temu, które przeprowadzają na kartach trylogii Millenium niejacy Blomkvist i Salander. I trochę żałuję, że to nie ten rodzaj śledztwa, które łączy  dziennikarskie standardy z hakerstwem. Więc pewnie nie będzie tyle emocji ani obgryzania paznokci.

Po drugie, że strona poświęcona jest literaturze i nie tylko, to śledztwo oczywiście musi objąć te dwie sfery.

Po trzecie każde dochodzenie zaczyna od jakiegoś punktu zaczepienia, jakiegoś mniej lub bardziej istotnego śladu, zajawki, mglistej pewności, intuicji i tutaj rzecz wygląda podobnie.

I po czwarte trudno rzec dokąd mnie to wszystko zaprowadzi. Bo dwie rzeczy mnie ostatnio nurtują: amatorska literatura oraz dwie nowe książki: Olgi Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych oraz Jerzego Sosnowskiego, Instalacja Idziego. I jak można się domyślić zajmę się pozycjami znanych autorów, a amatorską literaturą w międzyczasie.

Albo inaczej: jak jedna rzecz zacznie mnie przeciążać, to zajmę się drugą i tak zamiennie aż do ustalenia pewnych wniosków, które to wnioski niby gdzieś krążą w kosmosie.

Obie książki udało mi się przeczytać jeszcze w 2009 roku. Przyglądałem się recenzjom, omówieniom, wywiadom i różnym migawkom i w końcu uznałem, że nie mogę czekać w nieskończoność aż ktoś wypowie się za mnie, bo prawdopodobnie nie jest to możliwe. Gdzieś ktoś miał powiedzieć, że przy okazji książki Tokarczuk na horyzoncie pojawiła się mglista zapowiedź poważniejszej dyskusji, a nawet sporów, ale musiało mnie coś ominąć, bo z trudem dostrzegam poza monologami jakiś żywy, inspirujący spór o literaturę.  Na stronie Jurodiwego, pod wpisem o paraliterackim podsumowaniu za 2009 rok, jeden z komentatorów uznał, że w ogóle nadciąga wielka smuta i nie wiedzieć czemu posłużył się wizją literatury po Różewiczu i Szymborskiej. Że wtedy nastąpi, a póki żyją wymienieni, to smuta nadciąga. Być może  - nie wiem, bo najzwyczajniej tego nie widzę. Rozumiem obawy i strach przed dekompozycją tradycji. Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli nawet dzisiaj trwa jakaś dekompozycja, to jest to naturalna kolej rzeczy, która wyraża się w historii literatury prostym zapisem: kompozycja-dekompozycja-kompozycja-dekompozycja. A z tego prostego zapisu wynika oraz z głosów, które dzisiaj żałują nad obecnym stanem dyskusji krytyczno-literackiej, że nadciąga właśnie coś pozytywnego. Co? No to już wątek na inną dyskusję.

Koniec dygresji.

Teraz Tokarczuk i Sosnowski.

Otóż teza śledztwa brzmi mniej więcej tak: Tokarczuk i Sosnowski, roczniki sześćdziesiąte, uznali, że dzisiaj po stronie spraw istotnych i wartościowych (według oczywiście autorów) muszą stanąć odmieńcy, wariaci, ludzie żyjący na marginesie społeczeństwa, przez społeczeństwo nie rozumiani, a nawet odrzuceni.

Pytanie jakie trzeba sobie postawić brzmi z kolei, też zresztą mniej więcej, tak: co takiego wydarzyło się, nie wiem, w literaturze, w Polsce, wokół nas, że i Tokarczuk i Sosnowski na kartach swoich książek musieli posunąć się do ostateczności, żeby sprawy, które wydają im się ważne polecić misji, która od początku, ze względu na otoczenie w którym żyją ich bohaterowie wydaje się przegrana. Innymi słowy dlaczego misję zlecili nie tylko outsiderom, ale przede wszystkim ludziom, którzy przez wzgląd na swoją pozycję nie są w stanie dokonać przełomu.
I kolejne pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzieć: czy nie jest to właśnie jakieś pokoleniowe poczucie zbliżającej się wielkiej smuty? Narastającej pewności, że dekompozycja tradycji (w przypadku Sosnowskiego) oraz postępujące skażenie człowieka  (w przypadku Tokarczuk)  może jedynie zostać napiętnowane przez kogoś naiwnego, nieudacznika, dziwoląga (Tokarczuk) albo kogoś kto swoim zachowaniem przypomina świętego i to nie takiego potocznego świętego, tylko świętego z krwi i kości, niczym, jak ktoś zauważył, św. Franciszek. I że w rezultacie jest to sprawa już nie do wygrania.

Jerzy Sosnowski przyznaje m.in. na swojej stronie, że Instalacje Idziego napisał będąc rozdrażnionym zawłaszczeniem religii do doraźnych, politycznych celów. Olga Tokarczuk natomiast mówi, że Prowadź swój pług przez kości umarłych jest powieścią o niezgodzie na hipokryzję i cierpienie.

Sosnowski próbuje historię wyrazić przez zasadę zaczerpniętą ze zdania, które pada w Weselu Stanisława Wyspiańskiego: Jakaś historia wesoła, a przez to ogromnie smutna.

Podobnie Olga Tokarczuk mówi w rozmowie z Justyną Sobolewską : Bardzo mi zależało,(...), żeby książka była zabawna, żeby zrównoważyć mrok humorem, to nic, że nieco czarnym. Dlatego tę dość mroczną przecież historię opowiadam z dystansem, choć przecież ona ma absolutnie tragiczny wymiar. Dzisiaj ludzie boją się mówienia serio, na poważnie. Wolą ironię i chłód.

Mamy więc podobnego bohatera, podobną motywację oraz niemal identyczną strategię pisarską. Do tego mamy pisarzy, którzy urodzili się w tym samym roku, co dla bohaterki Olgi Tokarczuk, Janiny Duszejko, zajmującej się astrologią na pewno nie jest bez znaczenia.

Co więc z tym zrobimy? Przyjrzymy się głównym bohaterom obu powieści. Janinie Duszejko oraz Idziemu. A przez nich, przez ich konstrukcje, być może uda się odsłonić nie tylko wartość projektu, który za nimi stoi, który został przez pisarzy dla nich skonstruowany, ale przede wszystkim sprawdzimy do czego właściwie zostali stworzeni na kartach powieści i czy stanowią alternatywę dla świata czy też może jest to projekt jednak zbyt odległy od realiów, przeciw którym i oni (bohaterowie) i ich autorzy sprzeciwiają się.

Ale o tym rzecz jasna w następnych wpisach. A zacznę od bohaterki Tokarczuk, Janiny Duszejko.